niedziela, 10 czerwca 2018

Nudne, przełomowe zmiany czyli o tym czego naprawdę potrzebuje polski sąd

Dziś, 
11 czerwca 2018 r., 
występuję z wypowiedzią pt. 
"Nudne, przełomowe zmiany. Czego naprawdę potrzebuje polski sąd?"
w panelu 
"Propozycje reformy wymiaru sprawiedliwości" 
na XVIII Konferencji Naukowej 
"Państwo. Gospodarka. Społeczeństwo" 
w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.
(budynek A sala 153, moderuje prof. Jan Widacki)

Dla tych, którzy nie mogą przybyć dzielę się tym, co powiem.


NUDNE, PRZEŁOMOWE ZMIANY. CZEGO NAPRAWDĘ POTRZEBUJE POLSKI SĄD?

Przedstawię dwóch panów. Decydentów.
Oto Stanisław:


Stanisław robi notatki. To, co Państwo widzą po prawej stronie stołu,  to sprawa, nad którą pracuje. Po lewej stronie stołu kilka monografii, ksera z Systemu Prawa Prywatnego, kopie nielicznych artykułów dotyczących wątku prawnego, który pojawił się w tej sprawie. Tych dwóch ludzi obok to Asystent i Sekretarz. Asystent przewertował bibliografię i on przyniósł materiały. Szukał, wypożyczał, kserował. Stanisław w międzyczasie "obrabiał" jeszcze poprzednią sprawę. 
Sekretarz idzie za chwilę do drugiego pokoju, żeby zrobić pocztę, która przyszła do obsługiwanych spraw. Będzie tam trochę drobnicy decyzyjnej, o charakterze organizacyjnym, albo pomniejszym merytorycznym, powtarzalnym. To weźmie Asystent do pisania, uzgadniając z kalendarzem Stanisława. 

A teraz Mirosław:


To, co widzicie dookoła niego, to sprawy nad którymi pracuje. Należałby się tu cudzysłów, bo 70 % z tej pracy, to poczta: przynieś, wynieś, pozamiataj, wyślij. W przypadku Stanisława, to leżało w pokoju obok, z Asystentem i Sekretarzem, żeby każdy odcisnął na tej poczcie swoje techniczne lub merytoryczne piętno. Ale tu nie ma drugiego pokoju. Jest asystent... a właściwie pół, bo wpadł na kilka godzin.
Czeka na dyspozycje. Odręczne notatki na poczcie, co zrobić. Może spisać podyktowane, a potem przepisze i przyniesie do przeczytania. Później na Asystenta czekają inne obowiązki, w kolejnym gabinecie. Mirosław nie ma monografii ani zgromadzonych kser artykułów do sprawy. Po pierwsze nie miał kto ich szukać, a po drugie Mirosław i tak nie miałby kiedy ich czytać. 
Musi oprzeć się na intuicji i doświadczeniu. 

Wyobraź sobie teraz, że masz sprawę, w której chodzi o pół miliona. Niby klasyczny kontrakt, ale jest tam pewna zagwozdka prawna i jeśli masz wygrać, to musi się w to wgryźć wnikliwy prawnik, rozróżniający pewne szczegóły, nie rzucające się w oczy. Akta tej sprawy, to ta czerwona teczka:


I teraz pytanie: 
Którego decydenta wybierasz?

Stanisława?


Czy Mirosława?



Odpowiedziałeś sobie po cichu, więc już wszystko wiadomo. Jaka z tego konkluzja? Dwie.
Po pierwsze sędzia powinien zająć się wyłącznie decydowaniem i uzasadnianiem decyzji.
Po drugie sędzia powinien mieć tyle spraw, żeby nie uciekać w tzw. System 1.
Już wyjaśniam. 
W badaniach, które zrealizowałam, prowadząc wywiady z sędziami (cywilistami i gospodarczymi obu instancji) pojawiła się w wypowiedziach sędziów ciekawa proporcja: 30 do 70. Chodzi o procenty. Wygląda podobnie do zasady Pareto. W zasadzie Pareto 20 % działania, odpowiada za 80 % efektów. Można się domyślić, na co idzie pozostałe 80 % wysiłków...
W przypadku sędziowskiej proporcji 30 do 70, chodziło o to, że oszacowali, iż 30 % ich czasu to decydowanie i uzasadnianie, a 70 % czasu idzie na pocztę i technikalia. 
Jaki stąd wniosek? 
Ktoś powinien wykonać te 70 % roboty pocztowej, żeby sędzia mógł w to miejsce włożyć myślenie, analizowanie, decydowanie, uzasadnianie - czyli wszystko to, co, pomimo iż nie jest machaniem łopatą, przynosi zmiany w otaczającej rzeczywistości. 
Nie da się sprawy rozerwać i zadecydować na jakimś dzienniku podawczym, że ta korespondencja do sprawy idzie tu, a ta tam. Sprawa musi pozostać sama w sobie nierozerwalna. To oznacza, że odpowiedzią na pytanie, jak ją obsłużyć, jest ZESPÓŁ. Sędzia + Asystent + Sekretarz (lub drugi Asystent). Co będą robili? To, co robią u Stefana: research, poczta i drobnica decyzyjno-organizacyjna. 
A o co chodzi z tym Systemem 2? Daniel Kahneman opisał System 1 i System 2. System 1 odpowiada za korzystanie ze skojarzeń, pamięci, doświadczenia i podejmuje szybkie, intuicyjne decyzje oraz posługuje się heurystykami.
Heurystyki to uproszczone schematy myślowe, bazując na pierwszym wrażeniu, powtarzalności sytuacji, doświadczeniu, systemach szybkiego rozpoznawania wzorców zachowań czy sekwencji zdarzeń. 
Na przykład jeśli wchodzi ktoś znajomy do pokoju, widziany na co dzień, to rozpoznajesz go automatycznie, bezwysiłkowo, bez świadomego procesu dochodzenia do tego, kim jest ów człowiek i, co najważniejsze, zazwyczaj trafnie. 
System 2 jest potrzebny, kiedy trzeba coś przeanalizować, mając np. w głowie jednocześnie dwa lub więcej scenariuszy możliwych zdarzeń czy rozwiązań. Chodzi o sytuacje, kiedy trzeba świadomie wykonać myślenie krok po kroku, jak w przypadku pomnożenia 1768 dajmy na to przez 14. Ten system dostrzega zależności, nie poddaje się narzucającym się rozwiązaniom, porównuje i wyciąga wnioski i co najcenniejsze i jest elementem jego konstrukcji: wątpi. Czego nie potrafi System 1. Jednak System 2 ma jedną, zasadniczą wadę: szybko się męczy. Nazywa się to "wyczerpywaniem się ego". Wtedy przestaje pracować. 
Czy któryś z tych Systemów jest czarną owcą? Nie. Obecne w Systemie 1 heurystyczne decyzje są konieczne, a podjęte w ich wyniku oceny zazwyczaj trafne. Pod warunkiem, że użyliśmy go do odpowiedniej kategorii spraw, nie takich, które wymagają wyłapywania subtelności i porównywania opcji. System 2 mimo, iż leniwy i szybko się męczący, zaangażowany do właściwie wybranej kategorii spraw, też "wyrabia się" i na dodatek podejmuje porządnie zważone decyzje. 
Sędzia, który ma na biegu 450 spraw, szybko wyczerpuje możliwości Systemu 2 i będzie jechał na automatycznym pilocie. 
A na dodatek, badania wykazują, że jeśli człowiek jest zmęczony, to nawet w jego branży, w odpowiedniej kategorii spraw możliwych do rozstrzygnięcia "z automatu", heurystyki zaćmiewają się, nie dają rady i ich trafność spada do poziomu porównywalnego z podejmowaniem decyzji na chybił trafił. 
Jaki stąd wniosek?
Trzeba zmniejszyć ilość spraw, którymi sędzia zajmuje się jednocześnie. 
Zobaczmy, co ile tygodni sprawa trafia na stół sędziowski.

Zaraz odkryję znaczenia rysunku. 
Bierzemy pod uwagę decyzję odgórną, para-zarządczą i jak się okaże nieracjonalną i nieskuteczną, że na każdej wokandzie ma być 7 spraw. Są dwie wokandy tygodniowo. 
Narysowałam 12 miesięcy, to te wąskie prostokąty, po 2 w rzędzie, oznaczone po bokach literkami początków nazw miesięcy. W każdym miesiącu są 4 kwadraciki, czyli 4 tygodnie. Wpisałam więc w każdym dwie 7-ki, czyli dwie wokandy po 7 spraw. Wyłączyłam z obrazka, kółeczkiem, tygodnie na urlop, święta itp. oraz ewentualne choroby. 
I załóżmy, że sprawa trafia na wokandę 2 stycznia, pierwsza wokanda w roku. Kiedy ona, automatycznie i bez związku z jej indywidualnym kształtem i rytmem wynikającym z meritum, trafi znów na wokandę? 8 wokand po 7 spraw, daje w miesiącu 52 sprawy. Spraw jest 450. Zanim koło się obróci, sprawa znajdzie się na wokandzie gdzieś 15 listopada. 
To zwiększmy, zarządzeniem, ilość spraw na wokandzie. Do 9-u. Zejdziemy do 8 września. Pomogło? Niby kilka tygodni, ale z perspektywy 2 stycznia - niewiele. Zaszkodziło? Dramatycznie. Mając 7 czy 9 spraw na wokandzie, a więc 14 czy 18 w tygodniu, System 2 dawno już przestał działać. Zbudzi się na może - rzucam w ciemno - co ósmą sprawę. Może rzadziej. 
Dodatkowy bonus ujemny (ten post jest oksymoronowy trochę): jak sprawa trafia na wokandę co kilka miesięcy (pamiętajmy, że to nie ma nic wspólnego z jej własną dynamiką), to sędzia musi stracić dodatkowo czas na przypominanie sobie jej. 
Jeśli sędzia pracuje w gonitwie, miejscami po 14 godzin, to SIADA mu percepcja. Jeśli ma wykonywać zalecenia organizacyjno - służbowe, które nie mają nic wspólnego ani z meritum spraw ani z ich dynamiką indywidualną (wokanda z 7 spraw, wokanda z 9 spraw, tak samo zresztą jak wokanda z 2 spraw czy wokanda z 32 spraw), to SIADA mu zarządzanie. Jeśli ma "pokrywać wpływ" bez związku z potrzebami ludzi powierzającymi się wymiarowi sprawiedliwości i bez związku z wiedzą o psychologii, o sposobie podejmowania decyzji i bez związku z jego działaniami, co pachnie bezsilnością, to SIADA mu motywacja. 
Percepcja
SIADA !
Zrządzanie 
SIADA !!
Motywacja
SIADA !!!
Jak tak percepcja, zarządzanie i motywacja siada, to sędzia, wymiar sprawiedliwości i obywatel - leży i kwiczy. A w szczególności ten ostatni. 
Co trzeba zrobić, żeby sądu, sędziów, wymiaru sprawiedliwości i obywateli tak nie usadowić? Albo nie
u s i e d z i o w i ć                                                 
?

A spróbować tak, jak z samochodem. Ostatecznie jazda opiera się na tym, żeby wiedzieć, kiedy zdjąć nogę z gazu, a kiedy zdjąć nogę z hamulca. 
Zdejmowanie nogi z hamulca:


Polega na tym, że tworzymy zespół. Sędzia + Asystent + Sekretarz. To uwalnia 70 % czasu sędziego. Dodajmy, że czas Asystenta i Sekretarza jest "tańszy" niż czas sędziego. (Ekonomiczne skutki policzę w osobnym poście).

Zdejmowanie nogi z gazu:

(1 rysunek, w 2 wersjach graficznych, dla zabawy porównawczej)




Mamy trzy okręgi. Szerszy czarny to ilość spraw jednocześnie na biegu u sędziego. Węższy czarny, zmniejszany pchającymi się strzałkami, to niższa ilość spraw jednocześnie na biegu u sędziego. Krąg czerwony, najszerszy, to wymiar sprawiedliwości przestawiony jako stosunek ilości i jakości rozstrzygniętych spraw. Czerwone strzałki pokazują, że mimo, iż czarny krąg się zawęził, to, dzięki zespołowi i odzyskanemu czasowi oraz uwolnionym instrumentom psychologicznym, sędzia mierzy właśnie w bycie podstawą wymiaru sprawiedliwości będącego relacją ilości i jakości. 
Co to razem oznacza?
Jakie są te nudne - bo nie da się o nich piać w mediach spektakularnie - ale przełomowe zmiany?
Zdjąć nogę z hamulca, czyli:
Pozwolić sędziom pracować w zespołach.
Pozwolić sędziom zarządzać tymi zespołami i sobą.

A w innym miejscu zdjąć nogę z gazu, czyli:
Pozwolić sędziom od "pokrycia wpływu" i dać tyle spraw na biegu, by je pamiętali między rozprawami. 
Pozwolić sędziom skorzystać z dobrodziejstw Systemu 1 i Systemu 2, zamiast wydawać ich  na pastwę zmęczenia obu Systemów.
Zasobem, którym trzeba tu umiejętnie zarządzić, jest, we wspólnym mianowniku, czas sędziego. Poprzez wykorzystanie go tylko do decyzji i uzasadnień, a nie całych spraw wraz z pocztą i otwieraniem listonoszowi. 
Czy to działa ta arytmetycznie?
Tak. 
I żeby nie być gołosłowną: zarządzam zespołem urzędników. System jest taki: każdy urzędnik ma żółtą tabelę, a w niej sprawy, które dostaje. Mówię o sprawach orzeczniczych, takie jak sędziowskie, gdzie trzeba ustalić stan faktyczny, dopasować prawny i dokonać subsumpcji oraz uzasadnić (każdą!) decyzję pisemnie. 
Nie ma ich 450 na biegu. Ma ich, dla prostego rachunku, 45 na biegu.
I nie trwają po 3 czy 5 lat. Trwają po 3 czy 5 miesięcy.
A działa to tak: bierze pierwszą (najstarsza data wpływu) i załatwia w niej co się da. Przychodzi taki moment, kiedy nie da się jej ruszyć dalej, bo np. ktoś ma złożyć wyjaśnienia, do czego został wezwany. Czekając, przechodzi się do sprawy drugiej w kolejności i załatwia ile się da. Potem tak samo trzecia, czwarta, piąta i szósta. W okolicach siódmej, przychodzi potrzebny dokument do pierwszej. To się między 6 a 7 sprawą do niej wraca, znów załatwić ją do momentu, gdzie nie da się dalej. Albo czeka się dalej albo wydaje się decyzję. I tak się to toczy, sprawy płyną, według dat, choć decyzje wypływają w innej kolejności, ponieważ to, kiedy wypłyną, zależy od ich indywidualnej dynamiki. 
Wracając do sędziów - czas na konkluzję o czasie sędziego i jego znaczeniu dla sprawności wymiaru sprawiedliwości.
Dwie nudne, przełomowe zmiany: Zespoły i Węższe Pakiety Spraw Prowadzonych na Raz. 
Kto powinien tę zmianę uszyć?
Minister sprawiedliwości. 
Konkluzja?
W konkluzji cytat z doskonałego postu doskonałego bloga sub-iudice.blogspot.com
I to jednocześnie apel do ministrów sprawiedliwości:

NIE TNIJCIE JEDWABIU NA SZMATY

p.s. Na obu rysunkach, ze Stanisławem i z Mirosławem, był zegar, wskazujący na jednakową godzinę. Jednak... u Stanisława to było 5 po 12.00 w południe, a Mirosława to było 5 po północy. Zaś ten niecały Asystent był o tej porze oczywiście tylko jego projekcją. 


sobota, 17 marca 2018

Sędziowskie poligony

We wtorek w dodatku Prawnik.pl
w Dzienniku Gazecie Prawnej,
ukaże się  kolejny mój felieton:

"Sędziowskie poligony - polowanie na doświadczenia"

Bez upraszczania poproszę


Jestem w skomplikowanej sytuacji. Od urodzenia mam inklinacje do umieszczania się w oku cyklonu. Może to wynika stąd, że od zera wychowywałam się z czarnym, jak smoła, kotem, Sebastianem. Sąsiadka tłumaczyła mojej Mamie i Babci, że kot nie może ze mną spać w łóżeczku, bo mi przegryzie gardło. Nie wiem, co powiedzą profesjonaliści od chowania dzieci, ale ja jestem wdzięczna Mamie i Babci, że całe najmłodsze dzieciństwo, towarzyszył mi ten wielki, czarny kot. Lubię myśleć, że miał na mnie wpływ. Że przygotował mnie na to, żeby być zawsze w dziwnej sytuacji.

Nie popieram żadnej partii, stowarzyszenia ani innej zbiorowości. Z jednego tylko powodu: wszelkie zbiorowości wymagają, aby podzielać ich zdanie we wszystkim. Ja nie umiem. Chcę oceniać konkretną ideę, człowieka, projekt. I robię to. Przykładowo: weźmy coś takiego jak „dyscyplina partyjna” w głosowaniu w parlamencie. Forma legalna, powszechnie akceptowalna, zrozumiała pod względem psychologicznym oraz zarządczym i nie mam nic przeciwko niej, jako takiej. Jednak dla mnie byłaby zabójcza. Mój umysł by umarł.

Myślę, że w głębokim PRL-u taka osoba jak ja, byłaby szybko uciszona, w jakiejś bramie. Dlatego jestem wdzięczna losowi, że rzucił mnie w czasy demokratycznej Polski, gdzie mogę wypowiadać głośno swoje poglądy. Nie mam żadnych aspiracji do tego, żeby „głosić prawdę”. Nie twierdzę, że moja racja jest prawdą. Moja racja jest moim poglądem na rzeczywistość.

Mogę nie mieć racji. Lecz jednocześnie – mogę mieć rację. Więc warto posłuchać i ocenić mój pogląd – beze mnie, bez oceny mnie. Mnie proszę zostawić w spokoju. Moje poglądy są samodzielne, niezależne i można rozprawiać się z nimi. Przyjmijmy, że mają zdolność prawną i legitymację bierną do bycia osądzanymi. Od kiedy je wypuszczam na wolność, stają się samodzielnymi, jak urodzone dzieci swoich rodziców.

Jestem w oku cyklonu. Ponieważ nie zgadzam się z diagnozą Ministra Sprawiedliwości na temat sądów. Jednocześnie jestem urzędnikiem. I to w administracji rządowej. Co daje z jednej strony pewien komfort: klientem urzędnika jest wyłącznie interes publiczny. Bez względu na to, jaka partia rządzi, i jaki akurat minister sobie trwa i przemija. I to mi się składa w całość, z moją niezależnością jako naukowca. Polubiłam w urzędzie tę sytuację: kiedy moim klientem, jako prawnika, nie jest konkretna osoba z jej interesami, ale klient wyidealizowany: interes publiczny. Mogłam porzucić argumentowanie na rzecz konkretnej osoby i jej interesów, na rzecz gapienia się w Konstytucję i wykładania ustaw w jej świetle.

Sędziowie, czy wy przypadkiem nie macie takiego właśnie zawodu? Który każe patrzeć szeroko otwartymi oczyma i umysłami w Konstytucję a potem stosować ustawy, mając ją stale w tyle głowy? Podświadomie Wam zazdrościłam tego. Niezależności, niezawisłości i możliwości stosowania ustaw w świetle Konstytucji. Teraz już nie muszę: sama tak mam, jako urzędnik. Złościcie się, kiedy się Was porównuje do urzędników. Nie trzeba. Urzędnik jest (powinien być!) takim samym żołnierzem Konstytucji, jak Wy. A że w praktyce niejeden nie jest? No, sorry, wśród Was tez są przecież jednostki słabsze, merytorycznie lub kręgosłupowo, karierowicze, a może nawet łapówkarze. No i co z tego? Wygryźcie ich, jak na nich traficie i bądźcie w tej samej komfortowej sytuacji, w której widzę siebie ja: osób niezależnych i niezawisłych.

Z drugiej strony, bycie urzędnikiem w administracji rządowej, z jednoczesnym niezgadzaniem się z diagnozą jakiegokolwiek ministra na jakikolwiek temat jest ryzykowne. Nawet jeśli opinia w tych sprawach nie ma nic wspólnego z wykonywanymi obowiązkami. Można się narazić na gniew; jednak zadaję sobie pytanie, na które odpowiedź będzie rozstrzygająca: czy będąc urzędnikiem, służę  administracji rządowej jako Państwu, czy administracji rządowej w konkretnym kształcie osobowym? Wybieram Państwo. To oznacza, że szanując wizję członków rządu (każdego rządu) na temat Państwa, mogę mieć swoją, zwłaszcza, jeśli to dotyczy dziedziny, na którą nie mam wpływu, w ramach realizacji swoich zadań urzędniczych.

Mam świadomość, że pisząc to narażam się: ktoś, ktokolwiek z ulicy, być może będzie mnie chciał złamać. Wpłynąć. W jakiejkolwiek sprawie. Nawet dla sportu. Lub, naukowo podchodząc, żeby obalić moją tezę o własnej niezależności. Czy liczę się z tym? Tak. Czy złamią mnie? Nie wiem. Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. To po co ryzykuję? Bo mam czterdzieści trzy lata. Nikomu się dotąd nie udało się mnie nakłonić do uczynienia czegokolwiek sprzecznego ze mną samą. Zabawne twierdzenie, prawda? Zwłaszcza, że jestem prawnikiem, głownie negocjatorem i szłam na setki kompromisów. No tak. Ale negocjacje to mój zawód. Negocjacje, to gra. Wszyscy biorący w niej udział, zgadzają się na to. Ja zaś mówię tu dziś o niezłomności w kwestiach fundamentalnych: czyli w kwestii integralności człowieka z samym sobą.

Owszem, cenię milczenie i znaczniki, których używa dyplomacja. To piękna i pociągająca dziedzina sztuki. Ja jednak zdecydowałam się na uprawianie innej sztuki: przetrwania, mimo tego, że się mówi, co się myśli. No to życzcie mi powodzenia. Także wtedy, kiedy mój pogląd będzie sprzeczny z Waszym. 

sobota, 6 maja 2017

Prakseologia czyli gramatyka czynu

Odkurzyłam blog. Usunęłam cztery ostatnie posty - w tym trzy odsyłające do innych tekstów, żeby nie robić tu "katalogu bibliotecznego", oraz jeden, który miał charakter "notatki na marginesie", formą odbiegał od reszty bloga, a nade wszystko stał się inspiracją zbędnej dyskusji między moimi przyjaciółmi. Więc - skasowałam, żeby postawić kropkę nad "i".

Wracam zaś ze szczególną materią. Chodzi o "gramatykę czynu", czyli prakseologię. Innymi słowy naukę o sprawności działania. Będzie o sprawności działania w różnych warunkach, które znam i z teorii i z praktyki. Nadal jednak przede wszystkim o sądach i sędziach.

Odsyłam także, tych, którzy lubią dotychczasową formę i tematykę bloga, do moich felietonów comiesięcznych w Dzienniku Gazecie Prawnej, w dodatku prawnik.pl.




poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Niezawisłość sędziego - .słów kilka jeszcze

Tym razem zainspirował mnie komentarz do poprzedniego posta:
 
"Trochę martwi mnie sformułowanie:
 
<[...] sędzia powinien polegać na swoim przekonaniu, ale niekoniecznie odzwierciedlać w orzeczeniach swoje poglądy>.
 
To może bardzo zaszkodzić zdrowiu psychicznemu :-)"
 
Faktycznie. Popełniłam błąd polegający na tym, że użyłam synonimicznych słów, nie wyjaśniając, że w pierwszym przypadku chodzi o przekonanie sędziego co do obiektywnej słuszności orzeczenia, a w drugim o jego światopogląd.
 
Dlatego zmieniłam to sformułowanie.
 
Zdanie, które brzmiało tak:
 
"Innymi słowy, sędzia powinien polegać na swoim przekonaniu, ale niekoniecznie odzwierciedlać w orzeczeniach swoje poglądy".
 
Na zdanie, które brzmi tak:

"Innymi słowy, sędzia powinien polegać na swoim przekonaniu, co do obiektywnej słuszności rozstrzygnięcia. Natomiast niekoniecznie powinien odzwierciedlać w orzeczeniach swój światopogląd, czyli swoje prywatne zdanie na temat tego, na przykład, czy kobiety powinny łączyć karierę zawodową z wychowywaniem dzieci albo czy mężczyźni mający małe dzieci powinni zawieszać uprawianie ryzykownego hobby, jak zdobywanie ośmiotysięczników".

Uważam, że dla każdej osoby zajmującej się zawodowo interpretacją (np. przepisów) ciekawe są "przykłady z życia wzięte", na to, jak intencja autora myśli, może być, przez niego samego, zniekształcona, wskutek błędnego lub wieloznacznego sformułowania.

 
To jest ciekawe w szczegolności w kontekście stosowania wykładni językowej, jako jedynej, z uzasadnieniem, że ustawodawca wyraził wprost i jasno, i miał na myśli dokładnie to, co jest czarno na białym napisane.   
 
 

czwartek, 13 sierpnia 2015

Niezawisłość sędziego cywilisty w kontekście stabilności prawa

Zgodnie z zapowiedziami - artykuł gotowy. Publikuję wersję skróconą i u-blogowioną.

 Niezawisłość sędziego cywilisty w kontekście stabilności prawa

„Wyroki powinny być stałe, tak aby zawsze były jedynie ścisłym brzmieniem ustawy (…), a sędziowie są jedynie ustami, które wygłaszają brzmienie praw; nieożywione istoty, które nie mogą złagodzić ani ich siły ani surowości, (…) a z trzech władz władza sądowa jest poniekąd żadna”.

Monteskiusz, „O duchu praw”

 
To monteskiuszowie ujęcie jest już nieaktualne. Sędzia podlega wyłącznie Konstytucji i ustawom,[1] jednak między Konstytucją i ustawą, a wyrokiem, stoi  ocena. Gdyby nie to, trudno było by w ogóle uznać sądownictwo za władzę.

Teza 1:
Możliwość dokonania oceny jest gwarantowana przez niezawisłość.

Teza 2:
Jednolitość orzecznictwa ma wpływ na stabilność prawa.

Pytanie:
Jak zapewnić jednolitość orzecznictwa niezawisłych sędziów?

Zanim odpowiem na to pytanie, muszę postawić dwa inne:

Co może stać na przeszkodzie jednolitości orzecznictwa?
Co oznacza niezawisłość?


Co może stać na przeszkodzie jednolitości orzecznictwa?
 
Po pierwsze błędy orzekających.
Po drugie rozbieżności uzasadnialnych ocen.[2]

Błędy oznaczają wynik niewiedzy lub nierzetelności w stosowaniu prawa.
Rozbieżności uzasadnialnych ocen są natomiast normalnym wynikiem procesu podejmowania decyzji.

Popełnianie błędów nie mieści się w niezawisłości, ponieważ jest wynikiem braku fachowości albo „wypadku przy pracy”.
Natomiast rozbieżności uzasadnialnych ocen są naturalnym elementem systemu i dokonywanie rozbieżnych ocen mieści się w niezawisłości.

Co oznacza niezawisłość?

Istnieją dwie (strony) niezawisłości: zewnętrzna i wewnętrzna.

Moim zdaniem niezawisłość można rozpatrywać jako „wolność od…” oraz „wolność do…”.
 
W obszarze wolności „od” mieści się:

wolność od wszelkich nacisków i wpływów
wolność od własnych preferencji
wolność od emocji - w pewnym zakresie
wolność od ignorancji (niewiedzy)

Natomiast w obszarze wolności „do” mieści się szczególna otwartość intelektualna sędziego.

Wolność od wszelkich nacisków i wpływów

Istnieje różnica między „naciskiem”, a „wpływem”. Nacisk wiąże się z działaniami stron, uczestników postępowania, mediów, opinii publicznej, innych władz i przedstawicieli tej samej władzy - sądowniczej. Jednak działania tych wszystkich sił nie muszą i najczęściej zapewne nie przejawiają się w tym, że ktoś wchodzi do gabinetu sędziego i próbuje mu wręczyć łapówkę lub dzwoni do sędziego z sugestią, jaki wyrok powinien zapaść w sprawie. Takie naciski są łatwe do zidentyfikowania, a wskutek tego łatwiejsze do uniknięcia. Trudniejsze do zidentyfikowania i oparcia się im, są „pułapki wpływu”, niebezpośrednie i najczęściej uwarunkowane psychologicznie.

Wpływ, na przykład mediów, na sędziego, może przejawiać się w tym, że zmęczony czy mniej czujny sędzia zaczyna przyglądać się argumentom powtarzanym przez media, zanim sformułuje i przyjrzy się własnym.

Wolność od własnych preferencji

„Sędzia powinien unikać woluntarystatycznych orzeczeń tj. opierających się tylko na własnym zdaniu, bez liczenia się z różnymi uwarunkowaniami”.[3] Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że „sędziowie podlegają także wpływom określonej kultury prawnej oraz przyjmowanym w ich środowisku społecznym sposobom wartościowania i te dopiero elementy brane łącznie określają, jak rozumianej „ustawie” sędzia w swym orzekaniu podlega”.[4]

Nasuwa się pytanie, jak ma się zachować sędzia, kiedy społeczeństwo jest podzielone w jakiejś kwestii. Czy jego rolą jest poszukiwanie kompromisu, poddanie się woli większości czy dokonanie własnej oceny, z oderwaniem się od ocen społecznych? W takim przypadku konieczna jest zgoda na powierzenie sędziemu dokonywania tej oceny, ponieważ nie istnieje powszechność ocen i nie jest możliwa absolutna obiektywizacja ocen.[5] Możliwa jest jedynie próba zbliżenia się do obiektywnego modelu.[6]

Na pytanie, w jakim zakresie sędzia może sobie pozwolić na „luksus własnego zdania”, trzeba odpowiedzieć, że: „Chodzi (…) o to, aby poglądy sędziów nie wpływały na orzeczniczą działalność (…) choć (…) w tzw. trudnych sprawach sędzia może dokonywać wyboru pomiędzy określonymi wartościami (…) czynić to jednak powinien w sposób zobiektywizowany poprzez odwołanie się do obowiązującego porządku konstytucyjnego lub sytuacji społecznej i w określonej procedurze”.[7]

Jednym z elementów sądzenia jest aksjologia. „Kwintesencję tego stanowi (…) stara anegdota prawnicza, opowiadająca o tym, jak pewien sędzia, rozpatrując skargę na kobietę, która dolewała wodę do mleka, czyli je fałszowała, wymierzył jej najniższy możliwy wyrok, ale mieszczący się w widełkach kary. Pytany, dlaczego tak łagodnie ocenił ten czyn, stwierdził: bo sąd lubi chudy ser. To takie ludzkie zachowanie, ale w przypadku sędziego potrzebne jest w tej dziedzinie pewne wyczucie, zachowanie proporcji, a nie kierowanie się tylko upodobaniem”.[8] 

Innymi słowy, sędzia powinien polegać na swoim przekonaniu, co do obiektywnej słuszności rozstrzygnięcia. Natomiast niekoniecznie powinien odzwierciedlać w orzeczeniach swój światopogląd, czyli swoje prywatne zdanie na temat tego, na przykład, czy kobiety powinny łączyć karierę zawodową z wychowywaniem dzieci albo czy mężczyźni mający małe dzieci powinni zawieszać uprawianie ryzykownego hobby, jak zdobywanie ośmiotysięczników.
 
Czy nie prowadzi to do ewentualnej niezgodności ze sobą? Nie, „każdy zawód ma (…) coś z zewnętrznej konieczności i wymaga poświęcenia się zadaniom, których nie wybiera się pod kątem osobistego celu. (…) To zaś oznacza, że przezwycięża się to, co obce, przedstawiane przez zawód jako szczególność, którą się jest, a owo coś obcego zawód czyni w pełni własnym. A więc oddanie się ogólności zawodu wymaga zarazem tego, by umieć się ograniczyć”, to znaczy uczynić swój zawód całkowicie własną sprawą. Wówczas nie ogranicza on człowieka”.[9]

Wolność od woluntaryzmu i własnych preferencji, dotyczy, w pewnym sensie, obiektywizmu, bez wykluczenia wierności subiektywizmowi w zakresie doświadczenia i sumienia. Podkreślam, że chodzi to o „obiektywizm, w pewnym sensie”. Obiektywizm. który wynika z w ł a s n e g o  p r z e k o n a n i a   o tym, że coś jest obiektywne, a jednocześnie separuje się od w ł a s n y c h   p o g l ą d ó w  na różne kwestie.

Wolność od emocji

Można mówić, w kontekście decydowania, o wolności od emocji tylko w pewnym zakresie. Wynika to stąd, że badania z  dziedziny psychologii wydają się wskazywać, że uszkodzenie ośrodka w mózgu, odpowiedzialnego za emocje, uniemożliwia podejmowanie decyzji.[10] Dlatego nie można en bloc wyłączać udziału emocji w procesie podejmowania decyzji. Chodzi raczej o wyłączenie emocji, które odpowiadają za uleganie wrażeniom i powierzchownym osądom lub zakłócają stabilność zachowania. Innymi słowy emocje umożliwiają podejmowanie decyzji, jednak nie oznacza to, że mogą być, w przypadku sędziego, motorem przyszłych decyzji.

W tym miejscu chcę odnieść się do kontrowersyjnego zagadnienia, jakim jest rutyna. Słowo to jest używane w pejoratywnym znaczeniu, ale w świetle oczekiwanej konieczności nieemocjonowania się przez sędziego warto się przyjrzeć, na czym polega i czemu służy rutyna. Skorzystam z pewnej analogii. Otóż w szachach, mimo, iż jest niezliczona ilość kombinacji ruchów, można rozpoznać pewne schematy ustawienia bierek (figur) na szachownicy. Szachista, aby grać sprawnie, myśli tymi schematami, podejmując decyzję, jaki ruch wykonać w konkretnej, rozgrywanej partii. Podobnie jest z sędziami: Myślą instytucjami prawnymi, jak szachiści schematami szachowymi, co nie przeszkadza im skupić się na aktualnie rozstrzyganej sprawie, jako wymagającej wzięcia pod uwagę konkretnych, indywidualnych okoliczności.

Rutyna kojarzy się pejoratywnie, ponieważ kojarzy się z automatyzmem w działania, a to z kolei z brakiem indywidualnego podejścia. Nikt nie chce być traktowany jako jeden z wielu „przypadków”. Jednak profesjonalizm w dużej mierze opiera się na rutynie wynikającej z doświadczenia. Indywidualne podejście i empatia kojarzą się „przyjemnie” jednak nikt rozsądny nie odpowie twierdząco na pytanie, czy chciałby być operowany przez rozemocjonowanego chirurga. Woli takiego z chłodną głową i pewną ręką, będącymi wynikiem pewnej rutyny.
 
Wolność od ignorancji i niewiedzy

Najpewniejszym oparciem dla niezawisłości jest profesjonalizm, głęboka wiedza, bogate doświadczenie życiowe i zawodowe oraz wysoki poziom kompetencji. W tym miejscu wolność od ignorancji łączy się z drugim obszarem niezawisłości, który określiłam wolnością „do…”.

Umiejętność stosowania przepisów do konkretnych przypadków, wymaga nie tylko wiedzy prawniczej, ale także wiedzy z dziedziny, której dotyczącą fakty danej sprawy. Oczywiście sędzia, który orzeka w szerokim spektrum spraw, nie może specjalizować się w każdej dziedzinie wiedzy i życia, których dotyczy wydawane orzeczenie. Jednak musi zrozumieć materię, do której stosować będzie prawo. W takiej specyficznej sytuacji zawodowej konieczna jest otwartość nie tyle na wiedzę, co na dowiadywanie się. Można to określić mianem dociekliwości.
 
Obserwując sale sądowe widzę, że są sędziowie, którzy, korzystając z tego, że mają na sali architekta, lekarkę czy przedszkolankę, dążą do tego, aby się dowiedzieć więcej o materii, w której ci są fachowcami.[12]

Drugim istotnym elementem metody prawnika, w tym sędziego, jest otwrtość na kwestionowanie własnej wiedzy. Ten drugi element metody jest konieczny, ponieważ człowiek nie zawsze „wie, że nie wie”, lub że jego przekonania są błędne. Na falsyfikowanie twierdzeń składa się w szczególności poszukiwanie informacji.  „Okoliczność, że sędzia ma wiadomości z danej dziedziny, nie zwalnia sądu od przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego (…) pozbawiałby (…) w ten sposób strony możliwości stawiania pytań i krytyki określonego poglądu. Własne wiadomości specjalne mogą tylko sądowi ułatwić ocenę opinii biegłego”.[13] Z drugiej strony „sąd nie jest związany opinią biegłego i powinien ją ocenić na równi z innymi środkami dowodowymi w ramach swobodnej oceny dowodów. Bezkrytyczne przyjęcie opinii biegłego prowadziłoby do możliwości rozstrzygnięcia sprawy przez biegłego, a nie przez sąd”.[14] Wiedza własna sędziego pozwala mu oceniać opinie biegłych.

Niezawisłość, jako wolność „do…”

Drugi obszar niezawisłości to obszar wolności „do” - do samodzielnego myślenia, do profesjonalizmu w procesie decydowania, do wewnętrznej integralności i do odwagi cywilnej. Sędzia musi być otwarty intelektualnie.[15] „Niezawisłość jest świadomym wyborem zdania się na własny indywidualny, intelektualny wysiłek ustalania stanu faktycznego, znalezienia adekwatnego przepisu prawa, dokonania jego wykładni z uwzględnieniem wszystkich możliwych wariantów interpretacyjnych, odkodowania normy prawnej z uwzględnieniem nie tylko określonej treści przepisu, ale także założonej aksjologii”.[16]

A kto będzie pilnował strażników? – relacja niezawisłości do kontroli

Sed quis custodiet et Ipsos custodes[19]  - „a kto ma dozorować tych, którzy dozorują”, „a kto pilnować będzie strażników”. Tymi słowami można zilustrować dylemat: jak znaleźć równowagę między niezawisłością sędziów, a odpowiedzialnością za wymiar sprawiedliwości?

Z jednej strony, musi istnieć forma kontroli, nie narażająca na szwank niezawisłości, a z drugiej strony ta kontrola musi się kiedyś, w jakimś miejscu i momencie, zakończyć, prawomocnym orzeczeniem. Temu służy kontrola judykacyjna i dodatkowa kontrola Sądu Najwyższego, w postaci orzeczenia będącego wynikiem skargi kasacyjnej.

„Wieloinstancyjność sądów nie jest więc instytucją nadzorującą, powołaną w obawie przed nieuczciwością i niesumiennością sędziów. Istotą jej jest raczej wspomaganie niezwykle trudnego działania, jakim jest sprawiedliwe wprowadzanie prawa w życie”.[20]

Jak sami sędziowie odczytują kontrolę judykacyjną, w kontekście niezawisłości? Mówią tak:

„Nie ma sprawy, co do której wyroku nie byłbym pewny. To nie znaczy, że one nie są zmieniane, nieraz uchylane, ale każda sprawa jest wynikiem mojego dogłębnego  przemyślenia”.[21]

 „Sukces? Liczy się dobry pomysł prawny na sprawę. Nawet uchylony wyrok może być sukcesem”.[22]

„W sprawach cywilnych jest wiele odwołań, bo w sprawie cywilnej możliwe są różne oceny”.[23]

„Odraczam publikację. Nie pozwalam sobie na błąd, licząc, że apelacja poprawi”.[24]

„Czasem ogłaszam wyrok i widzę w ludziach poczucie krzywdy. Trzeba się z tym zmierzyć. Bo nie wiem, czy to wynika stąd, że tak wierzyli w swoje racje, czy też dałam wiarę zeznaniom, która miała sprawniejszego pełnomocnika. Albo była bardziej zapobiegliwa i umiała zabezpieczyć na jakimś etapie swoje interesy, zrobiła dokumentacja, a oni liczyli na dobrą wolę, której nie było. Mam potem taką nadzieję, że złożą apelację, może skład trzyosobowy się pochyli bardziej doświadczony i czegoś się doszuka. Wciąż się zastanawiam, może dlatego, że orzekam nie tak długo, bo inni mówią, że już się nie zastanawiają”.[25] 

 „Wiem, że robię rzeczy ważne dla ludzi. Bo chociażby procesik był śmieszny, w bardzo drobnych sprawach, to przecież ludzie, którzy tu przychodzą, nie uznają ich za małę i śmieszne, bo by sobie nie robili tej fatygi i występowania do sądu. Uważam, że robię coś naprawdę wyjątkowego. I to mi towarzyszy zawsze. I to wysokie poczucie odpowiedzialności. Poczucie – nie chciałabym być źle zrozumiana – w dużym cudzysłowiu „władzy”. Nie władzy, że robię, co chcę, ale że rozstrzygam, że decyduję. Nie czuję przywileju władzy, ale ciężar władzy. To nie są czynności od-do. To jest dla mnie bardzo ważne”.[26]

Jakie wnioski można wyciągnąć z tych wypowiedzi?

Nie ulega wątpliwości, że sędziowie nie traktują kontroli judykacyjnej „osobiście”, jako personalnej ingerencji  w pracę orzeczniczą konkretnego sędziego, ale jako narzędzie systemowe, służące korekcie orzeczenia. Nie traktują uchylonego orzeczenia jako krytyki ich jako osoby czy jako ataku na ich pogląd, lecz jako wyrażenie oceny sprawy i dokonanie ewentualnie innej, także uzasadnianej, oceny, z którą nie muszą się godzić. Wynika to ze specyfiki spraw, w których odmienność ocen jest normą, a nie wyjątkiem – spraw cywilnych. Niekiedy wręcz mają poczucie ulgi, że sprawa zostanie sprawdzona, choć jednocześnie nie zwalniają się z odpowiedzialności za nią, wiedząc, że orzeczenie nie musi być zaskarżone, więc moment korekty może nie nadejść. Mają wysokie poczucie odpowiedzialności za swój wyrok.

Wierność orzecznictwu

Z art. 178 ust. 1 Konstytucji RP oraz art. 60 u.p.u.s.p. wynika, że sędzia ma być wierny Konstytucji, ustawie i sumieniu. Rozważając relację między niezawisłością sędziego w orzekaniu, a stabilnością prawa w postaci jednolitości orzecznictwa, warto postawić pytanie o to, czy sędzia powinien być wierny także orzecznictwu.

Z jednej strony korzystanie z orzecznictwa mieści się w tym warunku niezawisłości, jakim jest wiedza wynikająca z oczytania i studiowania („wolność od ignorancji”, „wolność do otwartości intelektualnej i dociekliwości”). Z drugiej strony awans sędziowski zależy m.in. od skuteczności orzekania, rozumianej jako utrzymywanie się orzeczeń w ramach nadzoru instancyjnego. W literaturze zauważa się, że „skutkiem takiego mechanizmu jest funkcjonowanie swoiście pojętego <prawa precedensowego>, tym bardziej wątpliwego, że obecne środki techniczne dają możliwość korzystania z obszernego orzecznictwa wątpliwej jakości choćby z tego powodu, że jest ono na ten użytek w różny sposób selekcjonowane”.[27]

Wyjaśniłam wcześniej, że nadzór judykacyjny nie może być traktowany jako nacisk czy wpływ zagrażający niezawisłości, ponieważ jest jedynie mechanizmem samokontrolującego się systemu. W przypadku jednak konsekwentnych uchyleń „siła perswazji” wydaje się być bardziej bezpośrednia:

„Zdarza się, że coś stale robię, ale sądu apelacyjnego nie mogę przekonać. Też w końcu zmieniam praktykę”.[28] 

Jednak nie można jej demonizować, ponieważ, jak mówi ten sam sędzia:

„…A czasami sam dochodzę do wniosku, że to była zła praktyka, choć orzeczenia utrzymywały się w apelacji”.[29]

Podobnie:

„Musimy kłaść nacisk na sumienność w analizowaniu sprawy, nie patrząc na wynik – w sensie akceptacji przez organ wyżej instancji”.[30]

Poza tym trudno uznać za „wpływ”, w sensie naruszenia niezawisłości, sytuację, w której sędzia, w trakcie zapoznawania się z orzecznictwem, zmienia swoją decyzję wobec konsekwentnego orzecznictwa Sądu Najwyższego.

Warto zwrócić uwagę na to, z jakiego sądu pochodzi to orzecznictwo: rejonowego, okręgowego, apelacyjnego czy Sądu Najwyższego. Istnieje bowiem różnica ról tych sądów. O ile orzecznictwo sądu rejonowego, okręgowego czy apelacyjnego może być inspiracją, o tyle orzecznictwo Sądu Najwyższego, z uwagi na szczególną rolę tego Sądu w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości (zapewnianie jednolitości orzecznictwa), może być czymś więcej: punktem odniesienia.[31]
 
Akty stosowania prawa charakteryzuje rozproszenie orzekania w podobnych sprawach, jednak właśnie Sąd Najwyższy, w ramach roli gwaranta jednolitości prawa, ma temu zapobiegać do pewnego stopnia. „Przy wszystkich luzach wyboru decyzji, jakie ustawa pozostawiać może sędziemu (…) pewna jednolitość orzecznictwa jest warunkiem nieodzownym należytego funkcjonowania społeczeństwa i stąd stanowi ona co najmniej instrumentalną wartość, która w jakiejś mierze może równoważyć wypadki rozstrzygnięć w pełni zgodnych ze stosowanym prawem, ale rozstrzygnięć, które w danym wypadku uznajemy za niesłuszne”.[32]

W odwoływaniu się do orzecznictwa należy – podobnie jak przy stosowaniu prawa w ogóle – zachować pewien standard. Pojęcie standardu, w kontekście stosowania prawa, charakteryzuje Ewa Łętowska, mówiąc, że „standard to pojęcie, które odnosi się do wzorca zachowania. (…) System prawa składa się zarówno z przepisów, jak i ukształtowanego standardu”.[33] Tłumaczy, że „może być na przykład prawo, które ma bardzo piękne potencjalne możliwości, ale na skutek powtarzalnej, źle ukształtowanej praktyki, standard ochrony przyznawanej przez to prawo jest znacznie niższe niż to, co w tym prawie tkwi”.[34] Odwoływanie się do orzecznictwa też może odbywać się w różnym – niskim lub wysokim – standardzie. Sędzia wskazuje tu na wpływ środków informatycznych na proces decyzyjny i jego przebieg:

 „Publikowanie orzeczeń może być ryzykowne – w jaki sposób sędziowie z nich korzystają? Proces myślowy może być powierzchowny, może dojść do kopiowania orzeczeń. Portale orzeczeń mogą służyć do wielu rzeczom: oportunizm, lenistwo, koniunkturalizm, sprawdzanie swojego sposobu myślenia, bez odwzorowywania. (…) Do ujednolicania orzecznictwa jest Sąd Najwyższy. Pytanie prawne, a nie inne orzeczenie. Nie precedens, ale prawo stanowione”.[35]

Zadałam sędziom pytanie o to, czy porównują rozstrzygane sprawy z innymi, wcześniej prowadzonymi. Odpowiadając na to pytanie, odnieśli się zarówno do korzystania z doświadczenia ze swoimi sprawami, jak i do korzystania z orzecznictwa innych sądów:

„Trzeba trzymać się orzecznictwa, ponieważ chodzi o pewność strony i pełnomocników. Niedobrze, jak jeden skład sędziowski orzeka tak, a drugi inaczej. Przykładowo, kilka osób złożyło pozew, uzyskało korzystny wyrok i oddalono apelację ich oponenta. Pozostali, będący w podobnej sytuacji, poszli za ich przykładem i sąd rejonowy orzekł tak samo, jak poprzednio, ale apelacja nie podzieliła tego stanowiska, więc ta druga grupa ludzi odeszła z kwitkiem i jeszcze poniosła koszty. Nie może być tak, że jeden skład orzeka w taki sposób, a drugi inaczej, w tych samych okolicznościach. Dlatego staram się iść za orzecznictwem Sądu Najwyższego, no, chyba, że to się tak kłóci z moim poczuciem sprawiedliwości, że się nie da”.[36]

„O ile szczegółów spraw nie pamiętam to takie generalne swoje podejście się pamięta”.[37]

„Jak się raz podejmie decyzję, to później już z reguły nie ma ani czasu ani chęci na ponowną refleksję. Naprawdę musi być dobry pełnomocnik, który zmusi sędziego do ponownej refleksji nad problemem, o którym sędzia już kiedyś myślał”.[38]

„Zapomina się o załatwionej sprawie, ale pamięta się doświadczenie. Bez sięgania do wcześniejszych spraw”.[39]

„Pod względem stanu prawnego porównuje się. Pamięta się orzeczenia Sąd Najwyższego lub własne. Pamięta się, jakie elementy stanu faktycznego potrzeba wyłuskać dla potrzeb orzeczenia, które wiem, że będzie miało w tej sprawie zastosowanie”.[40]

„Mam osobne akta wewnętrzne i złote myśli”.[41]

„Działam jak naukowiec, czytam orzeczenia. Wiedza pomaga. Daje luz”.[42]

„Przykładowo, skąd się bierze kwoty zadośćuczynienia? To są już wypracowane w orzecznictwie SN kryteria, które się bierze pod uwagę przy zasądzaniu zadośćuczynienia: w pierwszej kolejności stopień i trwałość doznanego uszczerbku na zdrowiu, zakres uszkodzeń ciała, zakres cierpień o charakterze fizycznym, psychicznym, długotrwałość, intensywność, proces rehabilitacji, zmiany czy konsekwencje uszkodzeń i zmiany w życiu takiego człowieka, dotychczasowy tryb życia, wiek poszkodowanego. Tych kryteriów jest masa, które trzeba wziąć pod uwagę, z tym iż wychodzę z założenia, że to zadośćuczynienie powinno stanowić taką odczuwalną wartość, ono nie może być symboliczne. Innymi słowy jeśli ktoś domaga się zadośćuczynienia i te okoliczności, które zostaną ustalone co do zasady dają podstawę do zasądzenia, to nie widzę powodu, żeby jakoś tam to miarkować, zmniejszać, chyba, że ktoś ewidentnie nie doznał w istocie żadnej krzywdy, a próbuje się tą metodą wzbogacić. Tu znowu rola sądu II instancji jest bardzo ograniczona, dlatego, że sąd okręgowy może zmienić wysokość zadośćuczynienia tylko wtedy, kiedy jest rażąco niskie lub rażąco wysokie. To jest kompetencja sądu pierwszej instancji, co do zasady”.[43]

„Myśli się: ja bym to zrobił inaczej i zastanawiam się, czy w związku z tym nie uwzględnić apelacji. Pewnie, że stykamy się tutaj z takimi sprawami, z jakimi mieliśmy do czynienia przed sądem pierwszej instancji. To w jakiś sposób rzutuje, to jest nasze doświadczenie, to jest nasza metodyka pracy. To, że się jest w sądzie II instancji nie znaczy, że człowiek nie ma jakichś poglądów, czy nie rozpoznawał w I instancji podobnych spraw. Wręcz przeciwnie. Pewnie, że się człowiek do tego odwołuje. (…) To, że przechodzimy do II instancji, (…) to jest jakaś kontynuacja”.[44]

Jednocześnie od dobrego standardu odbiega sytuacja, w której sędzia nie korzysta z orzecznictwa, ponieważ nie ma czasu go studiować:[45]

„Z warsztatem polegającym na znajomości doktryny i orzecznictwa, bywa różnie. Taka sytuacja, że siadam, czytam całość orzeczeń, sprawdzam, czy coś ciekawego, nowego się nie pojawiło, że mogę poczytać komentarz – to jak problem jest bardzo poważny. To odosobnione sytuacje. Dopóki problem nie jest poważny, to do orzecznictwa nie ma czasu sięgać. Patrzę na przepis, i jest tak i tak – to orzekam tak i tak”.[46]

Ten sam sędzia dodaje jednak:

„Jeśli strona powołuje się na sensowne argumenty i to ma ręce i nogi, to nie jest możliwe, żebym ja, nawet przy tym natłoku spraw, nie przeczytała wszystkiego, co mi się uda znaleźć na ten temat. Poza tym orzecznictwo SN jest przecież przełamywane. I zdarzają się orzeczenia w jedną i drugą stronę. Na szczęście SN zbiera się w sobie i wydaje uchwałę podsumowującą”.[47]

Cytowane wypowiedzi świadczą o tym, że, po pierwsze sędziowie widzą sens w trzymaniu się orzecznictwa, zwłaszcza Sądu Najwyższego, jednak do granic, w ramach których ich osobiste i wewnętrzne przekonanie im na to pozwala.

Po drugie pamiętają nie tyle poszczególne sprawy, co raczej swoje doświadczenie z danym zagadnieniem prawnym i swoje podejście do określonej kwestii prawnej. Przyznają, że trudno następnie zmienić to podejście, jeśli strony nie zaprezentują mocnej argumentacji na nowe podejście. Jednocześnie pamiętają o tym, że o zastosowaniu konkretnego rozwiązania, decydują ostatecznie fakty danej sprawy.

Stosunek sędziów do orzecznictwa innych sądów, można oddać słowami malarzy, którzy określają swój stosunek do malarstwa innych malarzy:

Gdy mowa o opieraniu się na orzecznictwie innych sądów, jako inspiracji, można zacytować słowa Henry’ego Matissa: „Moją sztukę zawdzięczam wszystkim malarzom”;[48]

Kiedy mowa o docenieniu cudzego orzecznictwa, przy zachowaniu jednak swojej odrębności, można to także oddać słowami Henry’ego Matissa: „Gdybym nie malował tak, jak maluję, malowałbym jak Picasso”.[49]

Natomiast kiedy mowa o krytycznym podejściu, w eleganckiej lecz wymownej formie, można użyć słów Picassa, gdy krytycznie oceniał Braqu’a wywieszone na wystawie: „Dobrze powieszone”.[50]

 
Podsumowując, nie można stwierdzić, że sędzia powinien być „wierny” orzecznictwu, natomiast należy stwierdzić, że powinien wypracować standard korzystania z orzecznictwa, taki, aby korzystanie to stanowiło sposób inspiracji, a nie używanie „gotowców”.

 
Konkluzja:

Badając relację między niezawisłością sędziego, a dążeniem do jednolitości orzecznictwa, doszłam do wniosku, że  niezawisłość składa się z różnych wolności. Wolność „od” oznacza wolność od nacisków i wpływów, wolność od woluntaryzmu i arbitralności, wolność od emocji i wolność od ignorancji. Wolność „do” oznacza przede wszystkim wolność polegającą na otwartości intelektualnej, przejawiającej się na różne sposoby. Granicę między niezawisłością, a kontrolą, ilustruje słynne pytanie: „a kto pilnować będzie strażników”. Dylemat zakodowany w tym zdaniu polega na tym, że z jednej strony trzeba dysponować instrumentami pozwalającymi na uniknięcie błędów lub nie dających się pogodzić rozbieżności ocen, a z drugiej na jakimś etapie trzeba wreszcie przestać kontrolować i pozwolić oceniającemu dokonać oceny ostatecznej. A kontrola judykacyjna jest elementem samokontroli systemu, i nie może być traktowana jako ingerowanie czy moderowania działania orzeczniczego poszczególnych sędziów.  A na pytanie o to, w jakim stopniu sędzia powinien być „wierny orzecznictwu” – swojemu lub innych sądów, doszłam do wniosku, że wierność orzecznictwu jest dla sędziów pewną wartością, związaną z gwarantowaniem stronom stabilności wymiaru sprawiedliwości i jego przewidywalności, jednak do granic, poza którymi czuli by, że orzekają wbrew sobie. Wskazałam jednocześnie na problem istnienia pokusy traktowania publikowanego orzecznictwa, jak „bryków”. Problem ten jest sygnalizowany przez samych sędziów, którzy obawiają się wytworzenia się złego standardu korzystania z orzecznictwa. Kluczowym pojęciem staje się „standard”, przez który należy rozumieć pewne wzorce zachowania, które, obok przepisów, kształtują wymiar sprawiedliwości.

 




[1] Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”. Art. 178 ust. 1. Konstytucji RP.
[2] Przez “uzasadnialne” oceny, rozumiem oceny niearbitralne, poparte argumentacją wyrażoną w uzasadnieniu, dającą się zaakceptować w przyjętym systemie wartości i punktów odniesienia.
[3] K. Gonera, Niezależność i niezawisłość sędziowska jako podstawa państwa prawa. Wewnętrzna (intelektualna) niezależność sędziego [w:] Niezależność sądownictwa i zawodów prawniczych jako fundamenty państwa prawa. Wyzwania współczesności, (red. nauk.) T. Wardyński, M. Niziołek, s. 90
[4] Z. Ziembiński O pojmowaniu sprawiedliwości, Lublin 1992 r., s. 127-128
[5] Por. E. Rott-Pietrzyk, Klauzula generalna rozsądku w prawie prywatnym, Warszawa 2007, s. 291 i przypis 95
[6] Por. R. Rott-Pietrzyk, op. cit. s. 291
[7] K. Daniel, Normatywny i społeczny obraz sędziego [w:] Sądy w opinii społeczeństwa polskiego, (red.) M. Borucka – Arctowa, K. Pałecki, Kraków 2003 r. s. 123
[8] E. Łętowska w rozmowie z Krzysztofem Sobczakiem, Rzeźbienie państwa prawa 20 lat później, Warszawa 2012 r.,  
[9] H. G. Gadamer, Prawda i metoda, Warszawa 2013 r., s. 40
[10] Por. m.in. badania opisane przez A. Damasio w książce „Błąd Kartezjusza”, Poznań 2002 r.
[11] Edouard Manet, „Pędzlem i piórem”, (wyd i rok), cytat nr 130
[12] Ma to dodatkowy wymiar – fachowiec rozprawiający o swoim fachu rozluźnia się, zapomina o swojej roli świadka i w ten sposób staje się bardziej wiarygodny. Sędziowie mogą mieć zastrzeżenie: nawet jeśli to pożyteczna praktyka, to gdzie znaleźć na to czas? W szczególności, gdy wewnętrznym zarządzeniem w wydziale musi być co najmniej 9 spraw na wokandzie. To zagadnienie poruszę w artykule dotyczącym czas pracy sędziego.
[13] T. Ereciński, J. Gudowski, J. Iwulski, op. cit. s. 553
[14] T. Ereciński, J. Gudowski, J. Iwulski, op. cit., s. 554 i powołani przez niego: J. Sehn, Dowód z opinii biegłych w postępowaniu sądowym, „Nowe prawo” 1956, nr 3; W. Ossowski, Uwagi o korzystaniu z biegłych w sprawach cywilnych, „Nowe prawo” 1960, nr 10; S. Włodyka, Zagadnienia dowodowe w nowym k.p.c., „Nowe prawo” 1966, nr 1; S. Rejman Dowód z opinii biegłego w postępowaniu cywilnym, Warszawa 1967, K. Jaegermann, S. Kłys, Rola biegłego w sądowym stosowaniu prawa, „Nowe prawo” 1989, nr 11-12
[15] K. Gonera, op. cit. s. 93 przypis 9
[16] K. Gonera, op. cit. s. 91
[17] K. Gonera, op. cit. s. 91
[18] K. Gonera, op. cit. s. 94
[19] Juwenalis, Satyry, VI, 347 (ok. 115 n.e.).
[20] M. Najda, T. Romer, op. cit., s. 25
[21] Wywiad 10, SSR (cytowane wypowiedzi sędziów pochodzą z wywiadów prowadzonych z nimi w ramach projektu badawczego przeprowadzonego przez autorkę pt. „Kompetencja sędziego do podejmowania decyzji jako warunek skuteczności wymiaru sprawiedliwości w sprawach cywilnych”).
[22] Wywiad 1, SSO
[23] Wywiad 2, SSO
[24] Wywiad 9, SSR
[25] Wywiad 52, SSR
[26] Wywiad 64, SSR
[27] Z. Czarnik, Prawotwórcza rola sądu a dyskrecjonalność sędziowska, [w:] Dyskrecjonalna władza sędziego, zagadnienia teorii i praktyki, (red.) M. Dębiński, R. Pelewicz, T. Rakoczy, Tarnobrzeg 2012 r., http://tarnobrzeg.so.gov.pl/sites/default/files/Dyskrecjonalna%20władza%20sędziego%2C%20Tarnobrzeg%202012_0.pdf
[28] Wywiad 5, SSO.
[29] Wywiad 5, SSO.
[30] Wywiad 3, SSO.
[31] W przypadku uchwał o mocy zasady prawnej to nawet musi być punktem odniesienia.
[32] Z. Ziembiński „O pojmowaniu…”, op. cit., s. 128
[33] E. Łętowska, op. cit., s. 12 i 13
[34] E. Łętowska, op. cit., s. 12
[35] Wywiad 84, SSO.
[36] Wywiad 4, SSR.
[37] Wywiad 5, SSO
[38] Wywiad 5, SSO
[39] Wywiad 9, SSR.
[40] Wywiad 10, SSR.
[41] Wywiad 1, SSO
[42] Wywiad 1, SSO
[43] Wywiad 85, SSO
[44] Wywiad 85, SSO
[45] Ilość pracy przypadająca na sędziego, czy to w sensie ilości spraw czy w sensie ilości zadań wykonywanych w ramach „obsługi sprawy” odpowiada za obniżenie standardu. Sędziowie wskazują w wywiadach, że chcieliby i czują, że powinni poświęcić sprawom więcej czasu, jednak, wskutek ilości spraw lub rodzaju zadań, jest to niemożliwe.
[46] Wywiad 4, SSR.
[47] Wywiad 4, SSR.
[48] Henri Matiss, ”Pędzlem...”, op. cit., cytat nr 212
[49] Henri Matiss, ”Pędzlem...”, op. cit., cytat nr 243
[50] Pablo Picasso „oceniając” wystawione obrazy Braque’a, „Pędzlem…”, op. cit., cytat nr 40