poniedziałek, 21 czerwca 2021

"Przewlekła sprawiedliwość"

To oksymoron ze słownika wymiaru sprawiedliwości. 

Oksymoron, z greckiego dosłownie „ostrotępy”, czyli zestawienie słów o sprzecznym znaczeniu. „Przewlekła sprawiedliwość” to innymi słowy właśnie „gorący lód”, „ciemna jasność”, „żywy trup”.

Sąd Najwyższy ocenił, że o zasadności skargi na przewlekłość nie może decydować sam tylko ogólny czas trwania postępowania w danej sprawie, lecz konieczne jest wskazanie konkretnych czynności procesowych, których sąd nie podjął lub które przeprowadził wadliwie w toku kontrolowanego pod względem terminowości postępowania [1].

Teza słuszna.

Niestety fakty w sprawie i oceny zawarte w uzasadnieniu przypominają stwierdzenie, że „operacja się udała, ale pacjent umarł”.

Analiza akt wykazała, że sędzia ani sąd nie zawinił. Jednak zapomniano że przesłanką stwierdzenia zasadności skargi jest naruszenie prawa strony do rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki. „Nieuzasadnioną zwłoką” jest trwanie postępowania dłużej niż to konieczne dla wyjaśnienia istotnych dla rozstrzygnięcia okoliczności faktycznych i prawnych. Nie z winy sędziego czy sądu, tylko w ogóle. A więc winnym może być też system wymiaru sprawiedliwości.

Niekiedy sądy, oceniając, czy doszło do przewlekłości postępowania, odnoszą się nie do kryteriów ustawowych, czyli terminowości działań, ich prawidłowości, w kontekście charakteru sprawy i zachowania skarżącego, lecz do możliwości systemu: „Upływ nieco ponad pięciu miesięcy od wniesienia apelacji bez wyznaczenia terminu jej rozpoznania nie może być oceniony jako nieuzasadniona zwłoka Sądu Apelacyjnego w rozpoznaniu sprawy. Pięciomiesięczny okres oczekiwania na wyznaczenie rozprawy apelacyjnej mieści się bowiem jeszcze w pojęciu rozsądnego terminu, w którym sprawa może oczekiwać na jej rozpoznanie pośród innych wniesionych do sądu spraw”. [2].

Tymczasem nie można in abstracto, bez uwarunkowań konkretnej sprawy, podać „rozsądnego terminu” załatwienia sprawy. „Czas rozpoznania danej sprawy ma być adekwatny do stopnia jej skomplikowania pod względem faktycznym i prawnym, a to wyklucza jakiekolwiek odgórne założenia co do okresu powodującego przewlekłość postępowania”. [3]

Podobnie odwołanie się do „średniego” czasu trwania spraw jest nieuzasadnione, ponieważ stanowi on okres będący wypadkową wielu spraw, nieodnoszący się do okoliczności konkretnej sprawy. Taka „średnia” odwołuje się do czasu trwania spraw obliczonego w relacji do możliwości organizacyjno-kadrowych sądu, co nie znajduje podstawy w ustawie ani, w szczególności, w Konstytucji, w świetle art. 45. Prezesi sądów, którym zarzucano przewlekłość postępowania, wskazywali na fakt przeciążenia sądów. Miało to stanowić obiektywną i niezależną od sądu przyczynę przewlekłości postępowania. [4] Tymczasem w orzecznictwie strasburskim dobitnie podkreślono, w odpowiedzi na nawiązanie rządu polskiego do szczególnych trudności, z którymi borykał się sąd z powodu „przeładowania sprawami”, że państwa będące stronami Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności mają obowiązek, wypływający z art. 6 ust. 1 Konwencji, organizowania swoich systemów sądowych w sposób pozwalający sądom na sprostanie wymogom konwencji, łącznie z obowiązkiem rozstrzygania spraw w rozsądnym terminie. [5]

Zresztą i Sąd Najwyższy przyjął że wzrost liczby spraw określonej kategorii, który powoduje niemożność ich rozpoznania w rozsądnym terminie w konkretnym sądzie, nie usprawiedliwia władz państwowych, jeżeli nie ma charakteru nagłego, nieprzewidywalnego i przejściowego, a nie zostały podjęte przedsięwzięcia (legislacyjne, organizacyjne, finansowe), które pozwoliłyby na rozpoznanie spraw bez nieuzasadnionej zwłoki. [6]

Wracając do tego postanowienia, co to „operacja się udała, ale pacjent umarł”, sąd w skrócie tak opisał przebieg sprawy, jednocześnie wartościując czas trwania czynności przez określenia typu: „w ciągu niecałych [...]”; „nieco ponad [...]”.

„W ciągu niecałych 2 miesięcy od wpływu akt wraz ze skutecznie wniesioną apelacją wysłano zawiadomienia o terminie rozprawy”;

„Termin rozprawy był wyznaczony na nieco ponad 3 miesiące od wpływu akt z apelacją”;

Druga rozprawa została odroczona wskutek złożenia w terminie ok. 3 tygodni przed datą wniosku o wyłączenie sędziów rozpoznających apelację. Wniosek został rozpoznany w miesiąc po jego złożeniu (a w tydzień po terminie drugiej, odroczonej już, rozprawy).

„Kolejna rozprawa została wyznaczona po rozpoznaniu wniosku, w terminie około 4 miesięcy od jego rozpoznania i jednocześnie od terminu drugiej, odroczonej rozprawy”.

Sąd w uzasadnieniu do cytowanego orzeczenia skupia się na okresach pomiędzy zdarzeniami, mającymi miejsce w czasie trwania postępowania w ocenianej sprawie, ale jednocześnie przechodzi nad nimi do porządku, nie analizując, czy te odstępy są uzasadnione sprawą, a nie możliwościami wymiaru sprawiedliwości. W żaden sposób nie wyjaśnił na przykład, dlaczego przyjął, że fakt iż „druga rozprawa została wyznaczona na termin 4 miesiące po terminie pierwszej odroczonej rozprawy” jest adekwatny. Owszem, trzy tygodnie przed tą rozprawą złożono wniosek o wyłączenie sędziego, ale nic nie stało na przeszkodzie, by ten wniosek rozpoznać przed terminem rozprawy (a nie tydzień po jej wyznaczeniu). Niczym nie było też obiektywnie uzasadnione, że po rozpoznaniu wniosku o wyłączenie sędziego rozprawa odbyła się, ale dopiero po 4 miesiącach. Przecież sąd rozpoznający sprawę był gotów do przeprowadzenia rozprawy, skoro jej odroczenie nastąpiło jedynie wskutek złożenia ww. wniosku. 

Oczywiście domyślam się, że wynikało to stąd, że sąd miał już harmonogram spraw na te cztery miesiące. Jednak, z punktu widzenia danej sprawy i kryteriów ustawy, to nie ma znaczenia. System zawiódł, nie sędzia.

Sąd w cytowanym orzeczeniu argumentował, że „pomiędzy kolejnymi terminami rozpraw nigdy nie upłynął okres dłuższy niż cztery miesiące, który powszechnie jest uznawany za okres niewskazujący jeszcze na zwłokę w podejmowaniu czynności procesowych przez sąd”. Jednak trudno uznać to twierdzenie za uzasadnione, ponieważ nie zawiera ono żadnego odniesienia do okoliczności sprawy. A ustawa nie odnosi się do możliwości wymiaru sprawiedliwości, tylko do okoliczności sprawy. I tu pojawia się problem dotyczący rozróżnienia między przewlekłością generowaną przez konkretny sąd czy wręcz sędziego, a przewlekłością generowaną przez wymiar sprawiedliwości jako system zarządzany przez administrację rządową.

Kryteria oceny przewlekłości postępowania, zawarte w ustawie, to charakter sprawy, stopień jej faktycznej i prawnej zawiłości oraz znaczenie sprawy dla strony, która wniosła skargę. Ustawa uwzględnia więc możliwość „usprawiedliwionego” długiego czasu trwania postępowania, który nie stanowi przewlekłości. Żeby dokonać weryfikacji adekwatnego czasu trwania sprawy, należałoby policzyć, ile zajmuje dana sprawa, gdyby była to jedyna sprawa do załatwienia, bez uwzględniania czasu wynikającego z konieczności „odczekania” sprawy w kolejce z uwagi na małą ilość sędziów i dużą ilość spraw. 

Jeśli sprawa, dajmy na to gospodarcza o zapłatę czy wykonanie zobowiązania, trwa pięć lat, to życie przecież nie stoi w miejscu. Strony są zmęczone. Sprawa traci na znaczeniu, bo albo zbankrutowano, albo pieniądze mają inną wagę, a nade wszystko strony poszły do przodu. Przychodzą na rozprawę w chwili, gdy świadkowie już wszystko pozapominali i są w innym miejscu życia i pracy, a wartości mające znaczenie w chwili, gdy proces ruszał czy rok lub dwa potem, zdewaluowały się, nabrały innej treści, lub w kontekście czasu trwania sprawy, zwyczajnie ulotniły się.

Dlatego stawiam tezę, zgodnie z którą owszem, są sędziowie, którzy zawodzą, w zarządzaniu procesem sądzenia. Ale jeśli nie oni zawinili, to warto zbadać, czy pozwanym, na podstawie cytowanej ustawy, dotyczącej skargi na naruszenie prawa strony do rozpoznania sprawy w postępowaniu sądowym bez nieuzasadnionej zwłoki, nie powinien być Skarb Państwa bez prawa regresu (w sensie prawnym i moralnym) do sędziego rozpoznającego sprawę. [7]

Zwykle – powinien.

Agnieszka Damasiewicz

 

 

[1] postanowienie SN z 27 marca 2012 r., III SPP 8/12

[2] postanowienie SN z 18 października 2007 r., III SPP 40/07, podobnie uzasadnienie postanowienia SN z 6 grudnia 2006 r., III SPP 43/06, dotyczące „upływu niecałych pięciu miesięcy” w podobnych okolicznościach

[3] C.P. Kłak, Pojęcie przewlekłości postępowania sądowego, Prokuratura i Prawo 2008, nr 12, s.72

[4] por. np. uzasadnienie postanowienia SA w Katowicach z dnia 2 marca 2005 r., II S 10/05

[5] por. wyrok ETPC z 21 grudnia 2000 r. Wasilewski v. Polska, nr skargi 32734/96

[6] wyrok SN z 6 stycznia 2006 r., III SPP 154/05, OSNP 2006, nr 21-22, poz. 342

[7] zob. Agnieszka Damasiewicz, glosa do postanowienia SN z 27 marca 2012 r., III SPP 8/12

wtorek, 28 stycznia 2020

Niezawisły od orzecznictwa?


Sędzia ma być wierny Konstytucji, ustawie i sumieniu. Czy sędzia powinien być wierny także orzecznictwu?

Z jednej strony korzystanie z orzecznictwa mieści się w tym warunku niezawisłości, jakim jest wiedza wynikająca z oczytania i studiowania („wolność od ignorancji”, „wolność do otwartości intelektualnej i dociekliwości”).

Ale jest i quazi „negatywna” motywacja: awans sędziowski zależy m.in. od skuteczności orzekania, rozumianej jako utrzymywanie się orzeczeń w ramach nadzoru instancyjnego. Pytanie, czy sędzia nieprzekonany do określonej wykładni, który poddaje się jednak orzecznictwu z uwagi na tę zależność, jest niezawisły czy nie? Można powiedzieć: konformista. Ale można też powiedzieć: to jest rozwiązanie systemowe. Hierarchia orzekania istnieje, wskutek założenia wieloinstancyjności i jest to założenie systemowe, a poddawanie się orzecznictwu wyższej instancji jest celowe i zamierzone przez system. Nadzór judykacyjny nie może być i nie jest traktowany jako nacisk czy wpływ zagrażający niezawisłości, ponieważ jest mechanizmem samokontrolującego się systemu. 

Poza tym trudno uznać za „wpływ”, w sensie naruszenia niezawisłości, sytuację, w której sędzia, w trakcie zapoznawania się z orzecznictwem, zmienia swoją decyzję wobec konsekwentnego orzecznictwa innych sądów. „Przy wszystkich luzach wyboru decyzji, jakie ustawa pozostawiać może sędziemu (…) pewna jednolitość orzecznictwa jest warunkiem nieodzownym należytego funkcjonowania społeczeństwa i stąd stanowi ona co najmniej instrumentalną wartość, która w jakiejś mierze może równoważyć wypadki rozstrzygnięć w pełni zgodnych ze stosowanym prawem, ale rozstrzygnięć, które w danym wypadku uznajemy za niesłuszne”. (1)

Jednakowoż istnieją skutki uboczne poszukiwania w orzecznictwie: „skutkiem takiego mechanizmu jest funkcjonowanie swoiście pojętego prawa precedensowego. Tym bardziej wątpliwego, że obecne środki techniczne dają możliwość korzystania z obszernego orzecznictwa wątpliwej jakości choćby z tego powodu, że jest ono na ten użytek w różny sposób selekcjonowane” (2)

W odwoływaniu się do orzecznictwa należy – podobnie jak przy stosowaniu prawa w ogóle – zachować pewien standard. Pojęcie standardu, w kontekście stosowania prawa, charakteryzuje Ewa Łętowska, mówiąc, że „standard to pojęcie, które odnosi się do wzorca zachowania. (…) System prawa składa się zarówno z przepisów, jak i ukształtowanego standardu”. (3) Tłumaczy, że „może być na przykład prawo, które ma bardzo piękne potencjalne możliwości, ale na skutek powtarzalnej, źle ukształtowanej praktyki, standard ochrony przyznawanej przez to prawo jest znacznie niższe niż to, co w tym prawie tkwi”. (4)

Odwoływanie się do orzecznictwa też może odbywać się w różnym – niskim lub wysokim – standardzie. „Orzecznictwo to trzeba jednak zbierać i analizować, aby wiedzieć, jaki jest aktualny standard, a nie cytować pierwsze z brzegu, może przypadkowe, może marginalne lub przestarzałe orzeczenie”. (5)

W jednym z wywiadów, które przeprowadziłam z sędziami, (6) Sędzia wskazuje tu na wpływ środków informatycznych na proces decyzyjny i jego przebieg: „Publikowanie orzeczeń może być ryzykowne – w jaki sposób sędziowie z nich korzystają? Proces myślowy może być powierzchowny, może dojść do kopiowania orzeczeń. Portale orzeczeń mogą służyć wielu rzeczom: oportunizm, lenistwo, koniunkturalizm, sprawdzanie swojego sposobu myślenia, bez odwzorowywania. (…) Do ujednolicania orzecznictwa jest Sąd Najwyższy. Pytanie prawne, a nie inne orzeczenie. Nie precedens, ale prawo stanowione”. (7)

Zadałam sędziom pytanie o to, czy porównują rozstrzygane sprawy z innymi, wcześniej prowadzonymi. Odpowiadając na to pytanie, odnieśli się zarówno do doświadczenia ze swoimi sprawami, jak i do korzystania z orzecznictwa innych sądów:

„Trzeba trzymać się orzecznictwa, ponieważ chodzi o pewność strony i pełnomocników. Niedobrze, jak jeden skład sędziowski orzeka tak, a drugi inaczej.  Przykładowo, kilka osób złożyło pozew, uzyskało korzystny wyrok i oddalono apelację ich oponenta. Pozostali, będący w podobnej sytuacji, poszli za ich przykładem i sąd rejonowy orzekł tak samo, jak poprzednio, ale apelacja nie podzieliła tego stanowiska, więc ta druga grupa ludzi odeszła z kwitkiem i jeszcze poniosła koszty. Nie może być tak, że jeden skład orzeka w taki sposób, a drugi inaczej, w tych samych okolicznościach. Dlatego staram się iść za orzecznictwem Sądu Najwyższego, no, chyba, że to się tak kłóci z moim poczuciem sprawiedliwości, że się nie da”. (8)

„O ile szczegółów spraw nie pamiętam, to takie generalne swoje podejście się pamięta”. (9)

„Jak się raz podejmie decyzję, to później już z reguły nie ma ani czasu, ani chęci na ponowną refleksję. Naprawdę musi być dobry pełnomocnik, który zmusi sędziego do ponownej refleksji nad problemem, o którym sędzia już kiedyś myślał”. (10)

„Zapomina się o załatwionej sprawie, ale pamięta się doświadczenie. Bez sięgania do wcześniejszych spraw”. (11)

„Pod względem stanu prawnego porównuje się. Pamięta się orzeczenia Sądu Najwyższego lub własne. Pamięta się, jakie elementy stanu faktycznego potrzeba wyłuskać dla potrzeb orzeczenia, które wiem, że będzie miało w tej sprawie zastosowanie”. (12)

„Mam osobne akta wewnętrzne i złote myśli”. (13)

„Działam jak naukowiec, czytam orzeczenia. Wiedza pomaga. Daje luz”. (14)

„Przykładowo, skąd się bierze kwoty zadośćuczynienia? To są już wypracowane w orzecznictwie SN kryteria, które się bierze pod uwagę przy zasądzaniu zadośćuczynienia: w pierwszej kolejności stopień i trwałość doznanego uszczerbku na zdrowiu, zakres uszkodzeń ciała, zakres cierpień o charakterze fizycznym, psychicznym, długotrwałość, intensywność, proces rehabilitacji, zmiany czy konsekwencje uszkodzeń i zmiany w życiu takiego człowieka, dotychczasowy tryb życia, wiek poszkodowanego. Tych kryteriów jest masa, które trzeba wziąć pod uwagę, z tym iż wychodzę z założenia, że to zadośćuczynienie powinno stanowić taką odczuwalną wartość, ono nie może być symboliczne. Innymi słowy, jeśli ktoś domaga się zadośćuczynienia i te okoliczności, które zostaną ustalone, co do zasady dają podstawę do zasądzenia, to nie widzę powodu, żeby jakoś tam to miarkować, zmniejszać, chyba że ktoś ewidentnie nie doznał w istocie żadnej krzywdy, a próbuje się tą metodą wzbogacić. Tu znowu rola sądu II instancji jest bardzo ograniczona, dlatego że sąd okręgowy może zmienić wysokość zadośćuczynienia tylko wtedy, kiedy jest rażąco niskie lub rażąco wysokie. To jest kompetencja sądu pierwszej instancji, co do zasady”. (15)

„Myśli się: ja bym to zrobiła inaczej i zastanawiam się, czy w związku z tym nie uwzględnić apelacji. Pewnie, że stykamy się tutaj z takimi sprawami, z jakimi mieliśmy do czynienia przed sądem pierwszej instancji. To w jakiś sposób rzutuje, to jest nasze doświadczenie, to jest nasza metodyka pracy. To, że się jest w sądzie II instancji, nie znaczy, że człowiek nie ma jakichś poglądów, czy nie rozpoznawał w I instancji podobnych spraw. Wręcz przeciwnie. Pewnie, że się człowiek do tego odwołuje. (…) To, że przechodzimy do II instancji, (…) to jest jakaś kontynuacja”. (16)

Jednocześnie od dobrego standardu odbiega sytuacja, w której sędzia nie korzysta z orzecznictwa, ponieważ nie ma czasu go studiować: (17)

„Z warsztatem polegającym na znajomości doktryny i orzecznictwa bywa różnie. Taka sytuacja, że siadam, czytam całość orzeczeń, sprawdzam, czy coś ciekawego, nowego się nie pojawiło, że mogę poczytać komentarz – to jak problem jest bardzo poważny. To odosobnione sytuacje. Dopóki problem nie jest poważny, to do orzecznictwa nie ma czasu sięgać. Patrzę na przepis, i jest tak i tak – to orzekam tak i tak”. (18)

Ten sam sędzia dodaje jednak: „Jeśli strona powołuje się na sensowne argumenty i to ma ręce i nogi, to nie jest możliwe, żebym ja, nawet przy tym natłoku spraw, nie przeczytała wszystkiego, co mi się uda znaleźć na ten temat. Poza tym orzecznictwo SN jest przecież przełamywane. I zdarzają się orzeczenia w jedną i drugą stronę. Na szczęście SN zbiera się w sobie i wydaje uchwałę podsumowującą”. (19)

Cytowane wypowiedzi świadczą o tym, że po pierwsze, sędziowie widzą sens w trzymaniu się orzecznictwa, zwłaszcza Sądu Najwyższego, jednak do granic, w ramach których ich osobiste i wewnętrzne przekonanie im na to pozwala.

Po drugie, pamiętają nie tyle poszczególne sprawy, co raczej swoje doświadczenie z danym zagadnieniem prawnym i swoje podejście do określonej kwestii prawnej. Przyznają, że trudno następnie zmienić to podejście, jeśli strony nie zaprezentują mocnej argumentacji. Jednocześnie pamiętają o tym, że o zastosowaniu konkretnego rozwiązania decydują ostatecznie fakty danej sprawy. Stosunek sędziów do orzecznictwa innych sądów można oddać słowami malarzy, którzy określają swój stosunek do malarstwa innych malarzy.

Gdy mowa o opieraniu się na orzecznictwie innych sądów jako inspiracji, zacytuję słowa Henri Matisse’a: „Moją sztukę zawdzięczam wszystkim malarzom”.

Kiedy mowa o docenieniu cudzego orzecznictwa, przy zachowaniu jednak swojej odrębności, można to także oddać słowami Henri Matisse’a: „Gdybym nie malował tak, jak maluję, malowałbym jak Picasso”.

Natomiast kiedy mowa o krytycznym podejściu, w eleganckiej, lecz wymownej formie, użyję słów Picassa, gdy krytycznie oceniał obrazy Braque’a wywieszone na wystawie, komentując je przewrotnie jedynie słowami: „Dobrze powieszone”. 

Podsumowując, nie można stwierdzić, że sędzia powinien być „wierny” orzecznictwu, natomiast należy zaznaczyć, że powinien wypracować standard korzystania z orzecznictwa taki, aby korzystanie to stanowiło sposób inspiracji, a nie używanie „gotowców”. (20)


(1) Z. Ziembiński, O pojmowaniu sprawiedliwości, Lublin 1992, s. 128.
(2) Z. Czarnik, Prawotwórcza rola sądu a dyskrecjonalność sędziowska, [w:] Dyskrecjonalna władza sędziego, zagadnienia teorii i praktyki, red. M. Dębiński, R. Pelewicz, T. Rakoczy, Tarnobrzeg 2012, http://tarnobrzeg.so.gov.pl/sites/default/files/Dyskrecjonalna%20władza%20sędziego%2C%20 Tarnobrzeg%202012_0.pdf.
(3) (4) (5) E. Łętowska, Rzeźbienie państwa prawa 20 lat później, w rozmowie z Krzysztofem Sobczakiem, Lex Wolters Kluwer business, s. 12 i 13
(6) wywiady prowadzone w 2013 r. z blisko setką sędziów sądu rejonowego i okręgowego, wydziały cywilne, gospodarczej i wizytacyjne
(7) Wywiad 84, SSO
(8) Wywiad 4, SSR
(9) Wywiad 5, SSO
(10) Wywiad 5, SSO
(11) Wywiad 9, SSR
(12) Wywiad 10, SSR
(13) Wywiad 1, SSO
(14) Wywiad 1, SSO
(15) Wywiad 85, SSO
(16) Wywiad 85, SSO
(17) Ilość pracy przypadająca na sędziego, czy to w sensie liczby spraw, czy w sensie liczby zadań wykonywanych w ramach „obsługi sprawy”, odpowiada za obniżenie standardu. Sędziowie wskazują w wywiadach, że chcieliby i czują, że powinni poświęcić sprawom więcej czasu, jednak, wskutek liczby spraw lub rodzaju zadań, jest to niemożliwe.
(18) Wywiad 4, SSR
(19) Wywiad 4, SSR
(20) Wątki zaczerpnięte z: A.Damasiewicz, "Niezawisłość sędziego cywilisty w kontekście stabilności prawa" [w:]  „Stabilność prawa w kontekście wartości, instytucji i funkcjonowania systemu prawnego” ed. Naukowa Tadeusz Biernat, Oficyna Wydawnicza AFM, 2016 r., s. 141-171. W tej publikacji także: o wolności sędziego od naciskow i wpływów, od własnych preferencji, od arbitralności, od emocji, od ignorancji i nie wiedzy oraz temat „…A kto będzie pilnował strażników”. Cała publikacja dostępna w repozytorium Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, w języku polskim (całość książki wraz z artykułem) i angielskim (cytowany artykuł).



niedziela, 10 czerwca 2018

Nudne, przełomowe zmiany czyli o tym czego naprawdę potrzebuje polski sąd

Dziś, 
11 czerwca 2018 r., 
występuję z wypowiedzią pt. 
"Nudne, przełomowe zmiany. Czego naprawdę potrzebuje polski sąd?"
w panelu 
"Propozycje reformy wymiaru sprawiedliwości" 
na XVIII Konferencji Naukowej 
"Państwo. Gospodarka. Społeczeństwo" 
w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.
(budynek A sala 153, moderuje prof. Jan Widacki)

Dla tych, którzy nie mogą przybyć dzielę się tym, co powiem.


NUDNE, PRZEŁOMOWE ZMIANY. CZEGO NAPRAWDĘ POTRZEBUJE POLSKI SĄD?

Przedstawię dwóch panów. Decydentów.
Oto Stanisław:


Stanisław robi notatki. To, co Państwo widzą po prawej stronie stołu,  to sprawa, nad którą pracuje. Po lewej stronie stołu kilka monografii, ksera z Systemu Prawa Prywatnego, kopie nielicznych artykułów dotyczących wątku prawnego, który pojawił się w tej sprawie. Tych dwóch ludzi obok to Asystent i Sekretarz. Asystent przewertował bibliografię i on przyniósł materiały. Szukał, wypożyczał, kserował. Stanisław w międzyczasie "obrabiał" jeszcze poprzednią sprawę. 
Sekretarz idzie za chwilę do drugiego pokoju, żeby zrobić pocztę, która przyszła do obsługiwanych spraw. Będzie tam trochę drobnicy decyzyjnej, o charakterze organizacyjnym, albo pomniejszym merytorycznym, powtarzalnym. To weźmie Asystent do pisania, uzgadniając z kalendarzem Stanisława. 

A teraz Mirosław:


To, co widzicie dookoła niego, to sprawy nad którymi pracuje. Należałby się tu cudzysłów, bo 70 % z tej pracy, to poczta: przynieś, wynieś, pozamiataj, wyślij. W przypadku Stanisława, to leżało w pokoju obok, z Asystentem i Sekretarzem, żeby każdy odcisnął na tej poczcie swoje techniczne lub merytoryczne piętno. Ale tu nie ma drugiego pokoju. Jest asystent... a właściwie pół, bo wpadł na kilka godzin.
Czeka na dyspozycje. Odręczne notatki na poczcie, co zrobić. Może spisać podyktowane, a potem przepisze i przyniesie do przeczytania. Później na Asystenta czekają inne obowiązki, w kolejnym gabinecie. Mirosław nie ma monografii ani zgromadzonych kser artykułów do sprawy. Po pierwsze nie miał kto ich szukać, a po drugie Mirosław i tak nie miałby kiedy ich czytać. 
Musi oprzeć się na intuicji i doświadczeniu. 

Wyobraź sobie teraz, że masz sprawę, w której chodzi o pół miliona. Niby klasyczny kontrakt, ale jest tam pewna zagwozdka prawna i jeśli masz wygrać, to musi się w to wgryźć wnikliwy prawnik, rozróżniający pewne szczegóły, nie rzucające się w oczy. Akta tej sprawy, to ta czerwona teczka:


I teraz pytanie: 
Którego decydenta wybierasz?

Stanisława?


Czy Mirosława?



Odpowiedziałeś sobie po cichu, więc już wszystko wiadomo. Jaka z tego konkluzja? Dwie.
Po pierwsze sędzia powinien zająć się wyłącznie decydowaniem i uzasadnianiem decyzji.
Po drugie sędzia powinien mieć tyle spraw, żeby nie uciekać w tzw. System 1.
Już wyjaśniam. 
W badaniach, które zrealizowałam, prowadząc wywiady z sędziami (cywilistami i gospodarczymi obu instancji) pojawiła się w wypowiedziach sędziów ciekawa proporcja: 30 do 70. Chodzi o procenty. Wygląda podobnie do zasady Pareto. W zasadzie Pareto 20 % działania, odpowiada za 80 % efektów. Można się domyślić, na co idzie pozostałe 80 % wysiłków...
W przypadku sędziowskiej proporcji 30 do 70, chodziło o to, że oszacowali, iż 30 % ich czasu to decydowanie i uzasadnianie, a 70 % czasu idzie na pocztę i technikalia. 
Jaki stąd wniosek? 
Ktoś powinien wykonać te 70 % roboty pocztowej, żeby sędzia mógł w to miejsce włożyć myślenie, analizowanie, decydowanie, uzasadnianie - czyli wszystko to, co, pomimo iż nie jest machaniem łopatą, przynosi zmiany w otaczającej rzeczywistości. 
Nie da się sprawy rozerwać i zadecydować na jakimś dzienniku podawczym, że ta korespondencja do sprawy idzie tu, a ta tam. Sprawa musi pozostać sama w sobie nierozerwalna. To oznacza, że odpowiedzią na pytanie, jak ją obsłużyć, jest ZESPÓŁ. Sędzia + Asystent + Sekretarz (lub drugi Asystent). Co będą robili? To, co robią u Stefana: research, poczta i drobnica decyzyjno-organizacyjna. 
A o co chodzi z tym Systemem 2? Daniel Kahneman opisał System 1 i System 2. System 1 odpowiada za korzystanie ze skojarzeń, pamięci, doświadczenia i podejmuje szybkie, intuicyjne decyzje oraz posługuje się heurystykami.
Heurystyki to uproszczone schematy myślowe, bazując na pierwszym wrażeniu, powtarzalności sytuacji, doświadczeniu, systemach szybkiego rozpoznawania wzorców zachowań czy sekwencji zdarzeń. 
Na przykład jeśli wchodzi ktoś znajomy do pokoju, widziany na co dzień, to rozpoznajesz go automatycznie, bezwysiłkowo, bez świadomego procesu dochodzenia do tego, kim jest ów człowiek i, co najważniejsze, zazwyczaj trafnie. 
System 2 jest potrzebny, kiedy trzeba coś przeanalizować, mając np. w głowie jednocześnie dwa lub więcej scenariuszy możliwych zdarzeń czy rozwiązań. Chodzi o sytuacje, kiedy trzeba świadomie wykonać myślenie krok po kroku, jak w przypadku pomnożenia 1768 dajmy na to przez 14. Ten system dostrzega zależności, nie poddaje się narzucającym się rozwiązaniom, porównuje i wyciąga wnioski i co najcenniejsze i jest elementem jego konstrukcji: wątpi. Czego nie potrafi System 1. Jednak System 2 ma jedną, zasadniczą wadę: szybko się męczy. Nazywa się to "wyczerpywaniem się ego". Wtedy przestaje pracować. 
Czy któryś z tych Systemów jest czarną owcą? Nie. Obecne w Systemie 1 heurystyczne decyzje są konieczne, a podjęte w ich wyniku oceny zazwyczaj trafne. Pod warunkiem, że użyliśmy go do odpowiedniej kategorii spraw, nie takich, które wymagają wyłapywania subtelności i porównywania opcji. System 2 mimo, iż leniwy i szybko się męczący, zaangażowany do właściwie wybranej kategorii spraw, też "wyrabia się" i na dodatek podejmuje porządnie zważone decyzje. 
Sędzia, który ma na biegu 450 spraw, szybko wyczerpuje możliwości Systemu 2 i będzie jechał na automatycznym pilocie. 
A na dodatek, badania wykazują, że jeśli człowiek jest zmęczony, to nawet w jego branży, w odpowiedniej kategorii spraw możliwych do rozstrzygnięcia "z automatu", heurystyki zaćmiewają się, nie dają rady i ich trafność spada do poziomu porównywalnego z podejmowaniem decyzji na chybił trafił. 
Jaki stąd wniosek?
Trzeba zmniejszyć ilość spraw, którymi sędzia zajmuje się jednocześnie. 
Zobaczmy, co ile tygodni sprawa trafia na stół sędziowski.

Zaraz odkryję znaczenia rysunku. 
Bierzemy pod uwagę decyzję odgórną, para-zarządczą i jak się okaże nieracjonalną i nieskuteczną, że na każdej wokandzie ma być 7 spraw. Są dwie wokandy tygodniowo. 
Narysowałam 12 miesięcy, to te wąskie prostokąty, po 2 w rzędzie, oznaczone po bokach literkami początków nazw miesięcy. W każdym miesiącu są 4 kwadraciki, czyli 4 tygodnie. Wpisałam więc w każdym dwie 7-ki, czyli dwie wokandy po 7 spraw. Wyłączyłam z obrazka, kółeczkiem, tygodnie na urlop, święta itp. oraz ewentualne choroby. 
I załóżmy, że sprawa trafia na wokandę 2 stycznia, pierwsza wokanda w roku. Kiedy ona, automatycznie i bez związku z jej indywidualnym kształtem i rytmem wynikającym z meritum, trafi znów na wokandę? 8 wokand po 7 spraw, daje w miesiącu 52 sprawy. Spraw jest 450. Zanim koło się obróci, sprawa znajdzie się na wokandzie gdzieś 15 listopada. 
To zwiększmy, zarządzeniem, ilość spraw na wokandzie. Do 9-u. Zejdziemy do 8 września. Pomogło? Niby kilka tygodni, ale z perspektywy 2 stycznia - niewiele. Zaszkodziło? Dramatycznie. Mając 7 czy 9 spraw na wokandzie, a więc 14 czy 18 w tygodniu, System 2 dawno już przestał działać. Zbudzi się na może - rzucam w ciemno - co ósmą sprawę. Może rzadziej. 
Dodatkowy bonus ujemny (ten post jest oksymoronowy trochę): jak sprawa trafia na wokandę co kilka miesięcy (pamiętajmy, że to nie ma nic wspólnego z jej własną dynamiką), to sędzia musi stracić dodatkowo czas na przypominanie sobie jej. 
Jeśli sędzia pracuje w gonitwie, miejscami po 14 godzin, to SIADA mu percepcja. Jeśli ma wykonywać zalecenia organizacyjno - służbowe, które nie mają nic wspólnego ani z meritum spraw ani z ich dynamiką indywidualną (wokanda z 7 spraw, wokanda z 9 spraw, tak samo zresztą jak wokanda z 2 spraw czy wokanda z 32 spraw), to SIADA mu zarządzanie. Jeśli ma "pokrywać wpływ" bez związku z potrzebami ludzi powierzającymi się wymiarowi sprawiedliwości i bez związku z wiedzą o psychologii, o sposobie podejmowania decyzji i bez związku z jego działaniami, co pachnie bezsilnością, to SIADA mu motywacja. 
Percepcja
SIADA !
Zrządzanie 
SIADA !!
Motywacja
SIADA !!!
Jak tak percepcja, zarządzanie i motywacja siada, to sędzia, wymiar sprawiedliwości i obywatel - leży i kwiczy. A w szczególności ten ostatni. 
Co trzeba zrobić, żeby sądu, sędziów, wymiaru sprawiedliwości i obywateli tak nie usadowić? Albo nie
u s i e d z i o w i ć                                                 
?

A spróbować tak, jak z samochodem. Ostatecznie jazda opiera się na tym, żeby wiedzieć, kiedy zdjąć nogę z gazu, a kiedy zdjąć nogę z hamulca. 
Zdejmowanie nogi z hamulca:


Polega na tym, że tworzymy zespół. Sędzia + Asystent + Sekretarz. To uwalnia 70 % czasu sędziego. Dodajmy, że czas Asystenta i Sekretarza jest "tańszy" niż czas sędziego. (Ekonomiczne skutki policzę w osobnym poście).

Zdejmowanie nogi z gazu:

(1 rysunek, w 2 wersjach graficznych, dla zabawy porównawczej)




Mamy trzy okręgi. Szerszy czarny to ilość spraw jednocześnie na biegu u sędziego. Węższy czarny, zmniejszany pchającymi się strzałkami, to niższa ilość spraw jednocześnie na biegu u sędziego. Krąg czerwony, najszerszy, to wymiar sprawiedliwości przestawiony jako stosunek ilości i jakości rozstrzygniętych spraw. Czerwone strzałki pokazują, że mimo, iż czarny krąg się zawęził, to, dzięki zespołowi i odzyskanemu czasowi oraz uwolnionym instrumentom psychologicznym, sędzia mierzy właśnie w bycie podstawą wymiaru sprawiedliwości będącego relacją ilości i jakości. 
Co to razem oznacza?
Jakie są te nudne - bo nie da się o nich piać w mediach spektakularnie - ale przełomowe zmiany?
Zdjąć nogę z hamulca, czyli:
Pozwolić sędziom pracować w zespołach.
Pozwolić sędziom zarządzać tymi zespołami i sobą.

A w innym miejscu zdjąć nogę z gazu, czyli:
Pozwolić sędziom od "pokrycia wpływu" i dać tyle spraw na biegu, by je pamiętali między rozprawami. 
Pozwolić sędziom skorzystać z dobrodziejstw Systemu 1 i Systemu 2, zamiast wydawać ich  na pastwę zmęczenia obu Systemów.
Zasobem, którym trzeba tu umiejętnie zarządzić, jest, we wspólnym mianowniku, czas sędziego. Poprzez wykorzystanie go tylko do decyzji i uzasadnień, a nie całych spraw wraz z pocztą i otwieraniem listonoszowi. 
Czy to działa ta arytmetycznie?
Tak. 
I żeby nie być gołosłowną: zarządzam zespołem urzędników. System jest taki: każdy urzędnik ma żółtą tabelę, a w niej sprawy, które dostaje. Mówię o sprawach orzeczniczych, takie jak sędziowskie, gdzie trzeba ustalić stan faktyczny, dopasować prawny i dokonać subsumpcji oraz uzasadnić (każdą!) decyzję pisemnie. 
Nie ma ich 450 na biegu. Ma ich, dla prostego rachunku, 45 na biegu.
I nie trwają po 3 czy 5 lat. Trwają po 3 czy 5 miesięcy.
A działa to tak: bierze pierwszą (najstarsza data wpływu) i załatwia w niej co się da. Przychodzi taki moment, kiedy nie da się jej ruszyć dalej, bo np. ktoś ma złożyć wyjaśnienia, do czego został wezwany. Czekając, przechodzi się do sprawy drugiej w kolejności i załatwia ile się da. Potem tak samo trzecia, czwarta, piąta i szósta. W okolicach siódmej, przychodzi potrzebny dokument do pierwszej. To się między 6 a 7 sprawą do niej wraca, znów załatwić ją do momentu, gdzie nie da się dalej. Albo czeka się dalej albo wydaje się decyzję. I tak się to toczy, sprawy płyną, według dat, choć decyzje wypływają w innej kolejności, ponieważ to, kiedy wypłyną, zależy od ich indywidualnej dynamiki. 
Wracając do sędziów - czas na konkluzję o czasie sędziego i jego znaczeniu dla sprawności wymiaru sprawiedliwości.
Dwie nudne, przełomowe zmiany: Zespoły i Węższe Pakiety Spraw Prowadzonych na Raz. 
Kto powinien tę zmianę uszyć?
Minister sprawiedliwości. 
Konkluzja?
W konkluzji cytat z doskonałego postu doskonałego bloga sub-iudice.blogspot.com
I to jednocześnie apel do ministrów sprawiedliwości:

NIE TNIJCIE JEDWABIU NA SZMATY

p.s. Na obu rysunkach, ze Stanisławem i z Mirosławem, był zegar, wskazujący na jednakową godzinę. Jednak... u Stanisława to było 5 po 12.00 w południe, a Mirosława to było 5 po północy. Zaś ten niecały Asystent był o tej porze oczywiście tylko jego projekcją. 


sobota, 17 marca 2018

Sędziowskie poligony

We wtorek w dodatku Prawnik.pl
w Dzienniku Gazecie Prawnej,
ukaże się  kolejny mój felieton:

"Sędziowskie poligony - polowanie na doświadczenia"

Bez upraszczania poproszę


Jestem w skomplikowanej sytuacji. Od urodzenia mam inklinacje do umieszczania się w oku cyklonu. Może to wynika stąd, że od zera wychowywałam się z czarnym, jak smoła, kotem, Sebastianem. Sąsiadka tłumaczyła mojej Mamie i Babci, że kot nie może ze mną spać w łóżeczku, bo mi przegryzie gardło. Nie wiem, co powiedzą profesjonaliści od chowania dzieci, ale ja jestem wdzięczna Mamie i Babci, że całe najmłodsze dzieciństwo, towarzyszył mi ten wielki, czarny kot. Lubię myśleć, że miał na mnie wpływ. Że przygotował mnie na to, żeby być zawsze w dziwnej sytuacji.

Nie popieram żadnej partii, stowarzyszenia ani innej zbiorowości. Z jednego tylko powodu: wszelkie zbiorowości wymagają, aby podzielać ich zdanie we wszystkim. Ja nie umiem. Chcę oceniać konkretną ideę, człowieka, projekt. I robię to. Przykładowo: weźmy coś takiego jak „dyscyplina partyjna” w głosowaniu w parlamencie. Forma legalna, powszechnie akceptowalna, zrozumiała pod względem psychologicznym oraz zarządczym i nie mam nic przeciwko niej, jako takiej. Jednak dla mnie byłaby zabójcza. Mój umysł by umarł.

Myślę, że w głębokim PRL-u taka osoba jak ja, byłaby szybko uciszona, w jakiejś bramie. Dlatego jestem wdzięczna losowi, że rzucił mnie w czasy demokratycznej Polski, gdzie mogę wypowiadać głośno swoje poglądy. Nie mam żadnych aspiracji do tego, żeby „głosić prawdę”. Nie twierdzę, że moja racja jest prawdą. Moja racja jest moim poglądem na rzeczywistość.

Mogę nie mieć racji. Lecz jednocześnie – mogę mieć rację. Więc warto posłuchać i ocenić mój pogląd – beze mnie, bez oceny mnie. Mnie proszę zostawić w spokoju. Moje poglądy są samodzielne, niezależne i można rozprawiać się z nimi. Przyjmijmy, że mają zdolność prawną i legitymację bierną do bycia osądzanymi. Od kiedy je wypuszczam na wolność, stają się samodzielnymi, jak urodzone dzieci swoich rodziców.

Jestem w oku cyklonu. Ponieważ nie zgadzam się z diagnozą Ministra Sprawiedliwości na temat sądów. Jednocześnie jestem urzędnikiem. I to w administracji rządowej. Co daje z jednej strony pewien komfort: klientem urzędnika jest wyłącznie interes publiczny. Bez względu na to, jaka partia rządzi, i jaki akurat minister sobie trwa i przemija. I to mi się składa w całość, z moją niezależnością jako naukowca. Polubiłam w urzędzie tę sytuację: kiedy moim klientem, jako prawnika, nie jest konkretna osoba z jej interesami, ale klient wyidealizowany: interes publiczny. Mogłam porzucić argumentowanie na rzecz konkretnej osoby i jej interesów, na rzecz gapienia się w Konstytucję i wykładania ustaw w jej świetle.

Sędziowie, czy wy przypadkiem nie macie takiego właśnie zawodu? Który każe patrzeć szeroko otwartymi oczyma i umysłami w Konstytucję a potem stosować ustawy, mając ją stale w tyle głowy? Podświadomie Wam zazdrościłam tego. Niezależności, niezawisłości i możliwości stosowania ustaw w świetle Konstytucji. Teraz już nie muszę: sama tak mam, jako urzędnik. Złościcie się, kiedy się Was porównuje do urzędników. Nie trzeba. Urzędnik jest (powinien być!) takim samym żołnierzem Konstytucji, jak Wy. A że w praktyce niejeden nie jest? No, sorry, wśród Was tez są przecież jednostki słabsze, merytorycznie lub kręgosłupowo, karierowicze, a może nawet łapówkarze. No i co z tego? Wygryźcie ich, jak na nich traficie i bądźcie w tej samej komfortowej sytuacji, w której widzę siebie ja: osób niezależnych i niezawisłych.

Z drugiej strony, bycie urzędnikiem w administracji rządowej, z jednoczesnym niezgadzaniem się z diagnozą jakiegokolwiek ministra na jakikolwiek temat jest ryzykowne. Nawet jeśli opinia w tych sprawach nie ma nic wspólnego z wykonywanymi obowiązkami. Można się narazić na gniew; jednak zadaję sobie pytanie, na które odpowiedź będzie rozstrzygająca: czy będąc urzędnikiem, służę  administracji rządowej jako Państwu, czy administracji rządowej w konkretnym kształcie osobowym? Wybieram Państwo. To oznacza, że szanując wizję członków rządu (każdego rządu) na temat Państwa, mogę mieć swoją, zwłaszcza, jeśli to dotyczy dziedziny, na którą nie mam wpływu, w ramach realizacji swoich zadań urzędniczych.

Mam świadomość, że pisząc to narażam się: ktoś, ktokolwiek z ulicy, być może będzie mnie chciał złamać. Wpłynąć. W jakiejkolwiek sprawie. Nawet dla sportu. Lub, naukowo podchodząc, żeby obalić moją tezę o własnej niezależności. Czy liczę się z tym? Tak. Czy złamią mnie? Nie wiem. Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. To po co ryzykuję? Bo mam czterdzieści trzy lata. Nikomu się dotąd nie udało się mnie nakłonić do uczynienia czegokolwiek sprzecznego ze mną samą. Zabawne twierdzenie, prawda? Zwłaszcza, że jestem prawnikiem, głownie negocjatorem i szłam na setki kompromisów. No tak. Ale negocjacje to mój zawód. Negocjacje, to gra. Wszyscy biorący w niej udział, zgadzają się na to. Ja zaś mówię tu dziś o niezłomności w kwestiach fundamentalnych: czyli w kwestii integralności człowieka z samym sobą.

Owszem, cenię milczenie i znaczniki, których używa dyplomacja. To piękna i pociągająca dziedzina sztuki. Ja jednak zdecydowałam się na uprawianie innej sztuki: przetrwania, mimo tego, że się mówi, co się myśli. No to życzcie mi powodzenia. Także wtedy, kiedy mój pogląd będzie sprzeczny z Waszym. 

sobota, 6 maja 2017

Prakseologia czyli gramatyka czynu

Odkurzyłam blog. Usunęłam cztery ostatnie posty - w tym trzy odsyłające do innych tekstów, żeby nie robić tu "katalogu bibliotecznego", oraz jeden, który miał charakter "notatki na marginesie", formą odbiegał od reszty bloga, a nade wszystko stał się inspiracją zbędnej dyskusji między moimi przyjaciółmi. Więc - skasowałam, żeby postawić kropkę nad "i".

Wracam zaś ze szczególną materią. Chodzi o "gramatykę czynu", czyli prakseologię. Innymi słowy naukę o sprawności działania. Będzie o sprawności działania w różnych warunkach, które znam i z teorii i z praktyki. Nadal jednak przede wszystkim o sądach i sędziach.

Odsyłam także, tych, którzy lubią dotychczasową formę i tematykę bloga, do moich felietonów comiesięcznych w Dzienniku Gazecie Prawnej, w dodatku prawnik.pl.




poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Niezawisłość sędziego - .słów kilka jeszcze

Tym razem zainspirował mnie komentarz do poprzedniego posta:
 
"Trochę martwi mnie sformułowanie:
 
<[...] sędzia powinien polegać na swoim przekonaniu, ale niekoniecznie odzwierciedlać w orzeczeniach swoje poglądy>.
 
To może bardzo zaszkodzić zdrowiu psychicznemu :-)"
 
Faktycznie. Popełniłam błąd polegający na tym, że użyłam synonimicznych słów, nie wyjaśniając, że w pierwszym przypadku chodzi o przekonanie sędziego co do obiektywnej słuszności orzeczenia, a w drugim o jego światopogląd.
 
Dlatego zmieniłam to sformułowanie.
 
Zdanie, które brzmiało tak:
 
"Innymi słowy, sędzia powinien polegać na swoim przekonaniu, ale niekoniecznie odzwierciedlać w orzeczeniach swoje poglądy".
 
Na zdanie, które brzmi tak:

"Innymi słowy, sędzia powinien polegać na swoim przekonaniu, co do obiektywnej słuszności rozstrzygnięcia. Natomiast niekoniecznie powinien odzwierciedlać w orzeczeniach swój światopogląd, czyli swoje prywatne zdanie na temat tego, na przykład, czy kobiety powinny łączyć karierę zawodową z wychowywaniem dzieci albo czy mężczyźni mający małe dzieci powinni zawieszać uprawianie ryzykownego hobby, jak zdobywanie ośmiotysięczników".

Uważam, że dla każdej osoby zajmującej się zawodowo interpretacją (np. przepisów) ciekawe są "przykłady z życia wzięte", na to, jak intencja autora myśli, może być, przez niego samego, zniekształcona, wskutek błędnego lub wieloznacznego sformułowania.

 
To jest ciekawe w szczegolności w kontekście stosowania wykładni językowej, jako jedynej, z uzasadnieniem, że ustawodawca wyraził wprost i jasno, i miał na myśli dokładnie to, co jest czarno na białym napisane.